wtorek, 31 maja 2011

Ekstraklasie daleko do poziomu Premier League czy Primera Division, ale emocji i kibiców na polskich stadionach nie brakowało. Teraz pora wybrać największego Asa i Cieniasa zakończonych rozgrywek.

 

Nominacje na Asa sezonu

Tomasz Frankowski (Jagiellonia Białystok)

Już 37 lat na karku, ale jaka klasa! "Franek" w minionym sezonie po raz kolejny pokazał, że jest po prostu najlepszym napastnikiem w lidze. 14 bramek zdobytych dla Jagiellonii dało mu już czwarty w karierze tytuł króla strzelców Ekstraklasy i pozwoliło białostockiemu zespołowi awansować do europejskich pucharów drugi rok z rzędu. Powiecie, że mogło być lepiej, bo po rundzie jesiennej "Jaga" zajmowała pierwsze miejsce w lidze, ale to, że z Białegostoku do Turcji przeniósł się Kamil Grosicki, to już nie wina "Franka".

Błyskotliwy na boisku i poza nim Frankowski nie należy do ulubieńców trenera Michała Probierza, który często sadzał go na ławce, ale nawet to nie przeszkodziło autentycznej gwieździe Jagiellonii nie schodzić poniżej wysokiego poziomu.

Maor Melikson (Wisła Kraków)

O tym, jak wielką klasę prezentuje pomocnik Wisły, świadczy fakt, że aż cztery razy wybieraliście go Asem kolejki. Biorąc pod uwagę, że w Ekstraklasie rozegrał zaledwie 15 meczów, to jest to niesamowity wyczyn. Pochodzący z Izraela Melikson szybko stał się ulubieńcem kibiców i miał ogromny wkład w trzynasty tytuł mistrzowski dla Wisły.

Melikson, który na co dzień jest małomówny i zdystansowany od rzeczywistości, na boisku zmienia się nie do poznania. Gra nie tylko widowiskowo, ale i skutecznie. W dużej mierze od jego formy zależeć będzie awans Wisły do upragnionej Ligi Mistrzów.

Patryk Małecki (Wisła Kraków)

Uwielbiany przez kibiców Wisły skrzydłowy, który jest jednym z dwóch (obok Radosława Sobolewskiego), Polaków regularnie występujących w pierwszym składzie "Białej Gwiazdy". W minionym sezonie zdobył siedem bramek, do których dołożył cztery asysty i nie ukrywa, że marzy o tym, by zagrać z Wisłą w Lidze Mistrzów. Dwukrotnie wybieraliście Patryka Asem kolejki, dwa razy był także w trójce największych bohaterów tygodnia.

Przez media ochrzczony "polskim Rooneyem" - nie tylko z powodu przebojowego stylu gry, ale również niełatwego charakteru. Znany z gorącej głowy piłkarz na początku nie potrafił znaleźć wspólnego języka z trenerem Robertem Maaskantem, który wściekał się na Małeckiego za to, że ten nie potrafi opanować na boisku emocji.

Robert Jeż (Górnik Zabrze)

Grał w Ekstraklasie tylko w rundzie wiosennej, ale to wystarczyło, by pokazał ogromne umiejętności. Słowak, który jeszcze jesienią w barwach Żiliny występował w Lidze Mistrzów, aż cztery razy znajdował się w trójce bohaterów kolejki. W 14 meczach zdobył pięć goli i zaliczył trzy asysty.

Już po przyjściu do Zabrza dostał od słowackich dziennikarzy nagrodę dla najlepszego piłkarza Czorgon Ligi. Takich obcokrajowców warto sprowadzać do Ekstraklasy!

Kamil Grosicki (Jagiellonia Białystok)

Jeż i Melikson dostali nominacje za rundę wiosenną, z kolei "Grosik" był jedną z gwiazd ekstraklasowej jesieni. Dysponujący niesamowitą szybkością skrzydłowy tworzył z Tomaszami - Frankowskim i Kupiszem - bramkostrzelne trio, które poprowadziło Jagiellonię do pierwszego miejsca na półmetku sezonu.

Runda wiosenna pokazała, że Grosicki był zdecydowanie najlepszym zawodnikiem wspomnianego tercetu, bo gdy go zabrakło, Jagiellonia szybko zaczęła zsuwać się coraz niżej w tabeli. W tureckim Sivassporze potwierdził wysoką klasę i pomógł swojemu nowemu zespołowi utrzymać się w lidze.

Andrzej Niedzielan (Korona Kielce)

Chociaż rozegrał aż 24 mecze w poprzednim sezonie, to na pochwały zasłużył przede wszystkim fantastycznymi występami na początku rudny jesiennej. W pierwszych sześciu meczach zdobył aż siedem bramek, ale potem nie potrafił już utrzymać wysokiej formy i do końca sezonu zdobył już tylko pięć bramek.

Korona grała dobrze wtedy, gdy dobrze grał Niedzielan. Po imponującym początku sezonu wielu ekspertów wieszczyło, że kielczanie napędzani znakomitą formą "Wtorka" powalczą o awans do europejskich pucharów.

Z czasem okazało się, że rewelacyjny początek był wszystkim, na co stać było Koronę w minionym sezonie. W rundzie rewanżowej "złocisto-krwiści" zdobyli zaledwie 13 punktów i zakończyli sezon na trzynastym miejscu. Niedzielan był jednak jasnym punktem swojego zespołu.

 

 

Nominacje na Cieniasa sezonu

Lech Poznań

Zbiorowa nominacja dla wszystkich, którzy narobili kibicom nadziei znakomitymi występami w Lidze Europejskiej, a potem w Ekstraklasie (szczególnie w rundzie jesiennej) kompromitowali się każdym kolejnym meczem. Pamiętacie ten moment, kiedy Lech był w strefie spadkowej?

"Kolejorz" w polskiej lidze prezentował się beznadziejnie, a wynikało to przede wszystkim z tego, że piłkarze Jacka Zielińskiego (zastąpionego później przez Jose Marię Bakero), lekceważyli słabszych przeciwników. Sezon skończyli na piątym miejscu i w przyszłym sezonie nie zagrają w europejskich pucharach. A szkoda, bo w rankingu UEFA Lech ma już tyle punktów, że w każdej fazie eliminacji do Ligi Mistrzów i Ligi Europejskiej mógłby liczyć na rozstawienie.

Sędzia Robert Małek

Aż trzy razy wybieraliście arbitra z Zabrza Cieniasem kolejki! Sędzia Małek szczególnie w rundzie wiosennej kompromitował się raz za razem. W meczu Lecha z Legią w Poznaniu nie pokazał czerwonej kartki bramkarzowi Lecha Krzysztofowi Kotorowskiemu, który w sytuacji sam na sam powalił szarżującego Manu.

Z kolei całkiem niedawno, bo w 28. kolejce, w meczu Cracovii z Widzewem, najpierw uznał dla gospodarzy gola ze spalonego, a potem nie podyktował dla "Pasów" ewidentnej "11" po faulu Bartosza Kanieckiego na Bartłomieju Dudzicu. Jak słusznie zauważył po tym spotkaniu jeden z dziennikarzy naszego serwisu, w sporcie zazwyczaj płaci się za swoje błędy, ale ta zasada nie dotyczy chyba arbitra z Zabrza, który popełnia ich całą masę, a i tak dostaje kolejne szanse. Jak długo jeszcze będziemy oglądać jego popisy w Ekstraklasie?

Legia Warszawa

Mimo całkiem udanego finiszu sezonu, Legia na początku rozgrywek regularnie znajdowała się w mało zaszczytnym gronie Cieniasów. Przecież miało być tak pięknie - nowy stadion, nowi piłkarze i walka o mistrzostwo kraju, a skończyło się na tym, że stołeczny zespół przegrał aż jedenaście spotkań, kibice (konkretnie powszechnie znany "Staruch) bili piłkarzy (konkretnie trochę mniej znanego Jakuba Rzeźniczaka) i gdyby nie Puchar Polski, to wszyscy w Warszawie o tym sezonie jak najszybciej chcieliby zapomnieć.

Rafał Ulatowski (były trener Cracovii)

Zrobił wiele, aby Cracovia spadła do 1. ligi. Przychodził do Krakowa w glorii jednego z najbardziej utalentowanych szkoleniowców młodego pokolenia w kraju, dostał do dyspozycji całkiem niezły zespół z Arkadiuszem Radomskim, Saidim Ntibazonkizą i Hesdeyem Suartem. Kłopot w tym, że kibice "Pasów" dowiedzieli się, że ich drużyna jest "całkiem niezła" dopiero w rundzie wiosennej, kiedy Ulatowskiego już w Cracovii nie było.

Były trener Zagłębia Lubin wyleciał z pracy po dziesięciu kolejkach sezonu, kiedy Cracovia zamykała tabelę z czterema punktami na koncie, a zastąpił go Jurij Szatałow. Od tamtej pory "Pasy" zaczęły kolekcjonować punkty i ostatecznie obroniły się przed spadkiem. Na razie nie znalazł się jednak śmiałek, który zatrudniłby u siebie Ulatowskiego.

Józef Wojciechowski (prezes Polonii Warszawa)

Znany z kontrowersyjnych wypowiedzi i braku cierpliwości do kolejnych trenerów prezes Polonii nie zważał na świetny początek sezonu w wykonaniu swojej drużyny (Polonia była liderem Ekstraklasy po czterech kolejkach) i zwolnił hiszpańskiego trenera Jose Marię Bakero.

Wojciechowski na miejsce Hiszpana zatrudnił Pawła Janasa, którego potem zmienił Theo Bos, a z kolei na miejsce Holendra przyszedł Jacek Zieliński. No i dopiero pod wodzą tego ostatniego szkoleniowca Polonia odzyskała błysk i formę z początku rozgrywek. Nie odzyskała za to miejsca w czołówce tabeli. Wojciechowski jest mistrzem we wskazywaniu winnych i podejmowaniu decyzji pod wpływem emocji. W całym tym amoku nie zauważył chyba, że największym problemem Polonii w ostatnim sezonie był on sam...








poniedziałek, 30 maja 2011

Sebastian Vettel (Red Bull-Renault) wygrał wyścig Formuły 1 o Grand Prix Monako na ulicznym torze Monte Carlo. Drugi był Hiszpan Fernando Alonso (Ferrari), a trzeci Brytyjczyk Jenson Button (McLaren).


To piąte zwycięstwo w tym sezonie i 15. w karierze broniącego tytułu mistrza świata Vettela, ale pierwsze w Monte Carlo. Tydzień temu triumfował w GP Hiszpanii. 

10 okrążeń przed końcem doszło do wypadku, w którym uczestniczyli Witalij Pietrow z Renault i Jaime Alguersuari z Toro Rosso. Rosjanin został odwieziony karetką do szpitala, choć według pierwszych doniesień kierowcy nic się poważnego nie stało. Na tor wyjechał samochód bezpieczeństwa, a sześć okrążeń przed końcem wyścig został zatrzymany.

Przerwa trwała 20 minut, kiedy nie tylko odwożono Pietrowa do szpitala, ale także czyszczono tor. Po niej Vettel, który dzielnie bronił swojej pozycji lidera, nie dał się prześcignąć ani Alonso, ani Buttonowi.

Następna eliminacja mistrzostw świata F1 - Grand Prix Kanady odbędzie się 12 czerwca.

Wyniki GP Monako (78 okrążeń po 3,340 m; cała trasa 260,520 km):

1. Sebastian Vettel (Niemcy/Red Bull) 2:09.38,373

2. Fernando Alonso (Hiszpania/Ferrari) strata 1,138 s

3. Jenson Button (W. Brytania/McLaren-Mercedes) 2,378

4. Mark Webber (Australia/Red Bull) 23,101

5. Kamui Kobayashi (Japonia/Sauber) 26,916

6. Lewis Hamilton (W. Brytania/McLaren Mercedes) 27,210

7. Adrian Sutil (Niemcy/Force India) 1 okrążenie

8. Nick Heidfeld (Niemcy/Renault) 1 okrążenie

9. Rubens Barrichello (Brazylia/Williams) 1 okrążenie

10. Sebastien Buemi (Szwajcaria/Toro Rosso) 1 okrążenie

11. Nico Rosberg (Niemcy/Mercedes) 2 okrążenia

12. Paul di Resta (Szkocja/Force India) 2 okrążenia

13. Jarno Trulli (Włochy/Lotus) 2 okrążenia

14. Heikki Kovalainen (Finlandia/Lotus) 2 okrążenia

15. Jerome d'Ambrosio (Belgia/Virgin) 2 okrążenia

16. Vitantonio Liuzzi (Włochy/Hispania) 3 okrążenia

17. Narain Karthikeyan (Indie/Hispania) 4 okrążenia

18. Pastor Maldonado (Wenezuela/Williams) 5 okrążeń

klasyfikacja MŚ kierowców (po 6 z 19 eliminacji):

1. Sebastian Vettel (Niemcy/Red Bull) 143 pkt

2. Lewis Hamilton (W. Brytania/McLaren) 85

3. Mark Webber (Australia/Red Bull) 79

4. Jenson Button (W. Brytania/McLaren) 76

5. Fernando Alonso (Hiszpania/Ferrari) 69

6. Nick Heidfeld (Niemcy/Renault) 29

7. Nico Rosberg (Niemcy/Mercedes) 26

8. Felipe Massa (Brazylia/Ferrari) 24

9. Witalij Pietrow (Rosja/Renault) 21

10. Kamui Kobayashi (Japonia/Sauber) 19

11. Michael Schumacher (Niemcy/Mercedes) 14

12. Adrian Sutil (Niemcy/Force India) 8

13. Sebastien Buemi (Szwajcaria/Toro Rosso) 7

14. Rubens Barrichello (Brazylia/Williams) 2

15. Sergio Perez (Meksyk/Sauber) 2

16. Paul Di Resta (Szkocja/Force India) 2

klasyfikacja mistrzostw świata konstruktorów (po 6 z 19 eliminacji):

1. Red Bull 222 pkt

2. McLaren Mercedes 161

3. Ferrari 93

4. Renault 50

5. Mercedes 40

6. Sauber 21

7. Force India 10

8. Toro Rosso 7

9. Williams 2



Piłkarze ręczni Orlenu Wisły Płock zostali mistrzami Polski. W czwartym finałowym meczu pokonali u siebie Vive Kielce 26-23 (12-12) i rywalizację play-off wygrali 3-1.

Po trzecim meczu jedno było pewne, w czwartym wszystko może się zdarzyć. Wisła Płock może zdobyć tytuł mistrza Polski, albo Vive wrócić do gry i powalczyć jeszcze w piątym spotkaniu. Na trybunach Orlen Areny zasiadło ponad 5 tys. kibiców by obserwować, jak "Nafciarze" po dwóch latach przerwy wracają na tron najlepszej drużyny piłki ręcznej w Polsce.

Pierwsza połowa spotkania była wyjątkowo wyrównana. Wisła znakomicie, zespołowo grała w obronie, w zespole gości na pochwałę zasłużył przede wszystkim bramkarz Kazimierz Kotliński. W płockiej ekipie bezbłędny był egzekutor rzutów karnych Vegard Samdahl, który po sezonie opuści Wisłę. W pierwszej połowie żadna z drużyn nie zdołała uzyskać przewagi większej niż trzy gole, a na tablicy wyników remis widniał osiem razy.

Po przerwie mecz był nadal wyrównany. W 38 min. goście prowadzili 17-14, ale w 42 min. był remis 17-17. W 55. min. Wisła odskoczyła na 23:20 i prowadzenia nie oddała już do końca.

Piłkarze gości z opuszczonymi głowami zeszli do szatni, a na parkiecie rozpoczął się radosny festiwal. Wisła zdobyła tytuł najlepszej polskiej drużyny po dwóch latach dominacji Vive Kielce.

To siódmy tytuł piłkarzy ręcznych z Płocka. Wcześniej triumfowali w 1995 (jako Petrochemia Płock) i 2002 (Orlen) roku oraz w latach 2004-2006 i 2008 (Wisła).

W poprzednich dwóch sezonach mistrzami Polski byli kielczanie.



Orlen Wisła Płock - Vive Targi Kielce 26-23 (12-12)

Stan rywalizacji do trzech zwycięstw 3-1.

Wisła: Marcin Wichary, Moretn Seier - Zbigniew Kwiatkowski, Piotr Chrapkowski 2, Arkadiusz Miszka 6 (3 z karnych), Adam Wiśniewski 3, Vegard Samdahl 8 (6), Rafał Kuptel, Bostjan Kavas 4, Luka Dobelsek, Michał Zołoteńko, Adam Twardo 1, Dimitri Kuzelev 2.

Vive: Marcus Cleverly, Kazimierz Kotliński - Piotr Grabarczyk, Michał Jurecki 8, Mateusz Zaremba, Partyk Kuchczyński 3, Mariusz Jurasik, Mateusz Jachlewski 3, Rastko Stojkovic 5 (4), Daniel Żółtak 1, Henrik Knudsen 1, Tomasz Rosiński 2.

Kary: Wisła - 10, Vive 16 minut.

Sędziowali: Andrzej Rajkiewicz i Jakub Tarczykowski ze Szczecina. Widzów: ok. 5,3 tys.



GRUPA A:

 

Polska USA 3:0 25:20, 25:22, 25:19
Portoryko Brazylia 0:3 15:25, 19:25, 16:25
Polska USA 0:3 22:25, 19:25, 35:37
Portoryko Brazylia 0:3 19:25, 29:31, 23:25
Tabela:
miejscedrużynameczepunktysetymałe pkt.
 
1 Brazylia 2 6 6:0 156:121
2 Polska 2 3 3:3 151:148
3 USA 2 3 3:3 148:151
4 Portoryko 2 0 0:6 121:156



GRUPA B:

Rosja Japonia 3:0 25:22, 25:20, 25:18
Bułgaria Niemcy 2:3 25:21, 18:25, 21:25, 25:15, 10:15
Rosja Japonia 3:1 22:25, 25:19, 25:12, 25:12
Bułgaria Niemcy 3:2 25:21, 23:25, 25:22, 20:25, 15:9
Tabela:
miejscedrużynameczepunktysetymałe pkt.
 
1 Rosja 2 6 6:1 172:128
2 Bułgaria 2 3 5:5 207:203
3 Niemcy 2 3 5:5 203:207
4 Japonia 2 0 1:6 128:172



GRUPA C:

Argentyna Serbia 0:3 14:25, 21:25, 22:25
Portugalia Finlandia 3:2 23:25, 27:25, 25:21, 24:26, 15:13
Argentyna Serbia 3:0 25:21, 26:24, 25:20
Portugalia Finlandia 3:1 25:18, 23:25, 25:21, 25:23
Tabela:
miejscedrużynameczepunktysetymałe pkt.
 
1 Portugalia 2 5 6:3 212:197
2 Serbia 2 3 3:3 140:133
3 Argentyna 2 3 3:3 133:140
4 Finlandia 2 1 3:6 197:212



GRUPA D:

Francja Włochy 0:3 14:25, 20:25, 12:25
Korea Płd. Kuba 3:0 25:20, 29:27, 25:18
Francja Włochy 0:3 15:25, 23:25, 25:27
Korea Płd. Kuba 1:3 25:21, 23:25, 18:25, 18:25
Tabela:
miejscedrużynameczepunktysetymałe pkt.
 
1 Włochy 2 6 6:0 152:109
2 Korea Południowa 2 3 4:3 163:161
3 Kuba 2 3 3:4 161:163
4 Francja 2 0 0:6 109:152



niedziela, 29 maja 2011

FC Barcelona pokonała na Wembley Manchester United 3-1 i zdobyła czwarty w swojej historii Puchar Mistrzów!



Spotkanie Manchesteru United z Barceloną na Wembley miało być starciem zespołu najdoskonalszych futbolowych rzemieślników z ekipą złożoną z największych piłkarskich indywidualności. Koszulki Barcy zakłada przecież trzech najlepszych według FIFA piłkarzy świata - Leo Messi, Xavi i Andres Iniesta - każdy mały wzrostem, ale piłkarskim geniuszem przerastający większość rywali o głowę.

Z kolei symbolami Manchesteru stali się na przestrzeni lat Wayne Rooney - boiskowy rozrabiaka, który jednak za "Czerwonego Diabła" na koszulce dałby się pokroić - i Ryan Giggs najbardziej lojalny żołnierz Sir Alexa Fergusona, pod którego dowództwem toczył sobotniej nocy już czwartą wojnę o Puchar Mistrzów.

Tym razem wielkim atutem Manchesteru był fakt, że lepiej niż rywale znał pole decydującej o zdobyciu trofeum bitwy. Już na długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego na Wembley rozbrzmiewały śpiewy kibiców Manchesteru, którzy zagrzewali swój zespół do boju.

Szalone tempo "Diabłów"

Niesieni dopingiem fanów zawodnicy Fergusona od pierwszych minut rzucili się na piłkarzy Barcelony. Narzucili rywalom szaleńcze tempo i już po dziesięciu minutach mogli prowadzić. Szarżę Wayne'a Rooneya powstrzymał jednak doskonałym wyjściem z bramki Victor Valdes. Wcześniej defensywę zespołu Pepa Guardioli próbował rozedrzeć Javier Hernandez, ale Meksykanin raz po raz był łapany w pułapki ofsajdowe.

Po kwadransie właściwy rytm zaczęła odzyskiwać Barcelona. Z każdą sekundą przesuwała się coraz bliżej bramki Manchesteru, aż w 16. minucie mogła zadać "Diabłom" cios. Dani Alves wstrzelił piłkę w pole karne, ale dogodnej sytuacji nie potrafił wykorzystać Pedro. Potem sygnały ostrzegawcze dawał rywalom David Villa, który dwukrotnie groźnie strzelał z dystansu, a raz po jego strzale Edwin van der Sar obronił z najwyższym trudem.

Po niespełna pół godzinie gry Barcelona pokazała to, z czego jest najbardziej znana. Po serii podań w środku pola Xavi zagrał do nieobstawionego przed polem karnym Pedro, a ten nie dał szans na skuteczną interwencję bramkarzowi Manchesteru.

Wydawało się, że kolejne gole dla Barcy są kwestią czasu, ale podopieczni Sir Aleksa Fergusona nie zamierzali odpuszczać. W 34. minucie przeprowadzili błyskawiczny kontratak, który zakończył mierzonym strzałem Rooney. Po chwili sektory fanów Manchesteru eksplodowały radością. Do przerwy wynik nie uległ już zmianie.

Triumf wielkiej Barcelony

Drugą połowę rozpoczęły ataki Barcelony. Fani zgromadzeni na trybunach New Wembley wstrzymali oddech w 53. minucie. Właśnie wtedy Dani Alves wpadł w pole karne z prawej strony i strzelił na bramkę, ale piłka wylądowała w rękach van der Sara.

Chwilę później Holender był już jednak bezradny. Jego koledzy z linii obrony zostawili trochę miejsca przed bramką i natychmiast wykorzystał to Messi. Argentyńczyk w swoim stylu uderzył lewą nogą w długi róg bramki i "Duma Katalonii" znowu prowadziła!

Manchester nie sprawiał wrażenia zespołu, który wierzy w to, że może doprowadzić do wyrównania. A jeśli nawet, to strzępy nadziei odebrał mu strzał Davida Villi z 70. minuty. Skrzydłowy Barcelony dostał znakomite podanie od Sergio Busquetsa i mierzonym strzałem pokonał van der Sara po raz trzeci.

Po zdobyciu trzeciego gola drużyna Guardioli mądrze rozgrywała piłkę, a Manchester już do końca nie zdołał poważnie jej zagrozić. Piłkarze Fergusona najgroźniej nacierali w 80. minucie, kiedy w pole karne Barcy wpadł Giggs i zmusił do zagrania ręką Daniego Alvesa. Walijczyk domagał się po chwili rzutu karnego, ale arbiter zignorował jego protesty.

Po dokładnie 93 minutach gry węgierski sędzia Viktor Kassai odgwizdał koniec meczu. Puchar Mistrzów w 2011 roku pojedzie do Barcelony! Dla Katalończyków to już czwarty taki sukces w historii. Ostatnio "Blaugrana" triumfowała w sezonie 2008/2009, kiedy w decydującym starciu pokonała w Rzymie na Stadio Olimpico... Manchester United.



FC Barcelona - Manchester United 3-1 (1-1)

Bramki:

1-0 Pedro (28.)

1-1 Wayne Rooney (34.)

2-1 Leo Messi (54.)

3-1 David Villa (70.)

Barcelona: Victor Valdes - Dani Alves (88. Carles Puyol), Gerard Pique, Javier Mascherano, Eric Abidal - Xavi, Sergio Busquets, Andres Iniesta - David Villa (86. Seydou Keita), Leo Messi, Pedro Rodriguez (93. Ibrahim Afellay).

Manchester Utd: Edwin van der Sar - Fabio da Silva (69. Nani), Rio Ferdinand, Nemanja Vidić, Patrice Evra - Antonio Valencia, Michael Carrick (77. Paul Scholes), Ryan Giggs, Park Ji-Sung - Wayne Rooney, Javier Hernandez.

Żółte kartki: Victor Valdes, Dani Alves oraz Michael Carrick, Antonio Valencia

Widzów: 87 000

Sędzia: Viktor Kassai (Węgry)





Jarosław Hampel był drugi, a Tomasz Gollob trzeci podczas Grand Prix Czech na praskiej "Markecie". Trzecią eliminację indywidualnych mistrzostw świata w jeździe na żużlu wygrał Amerykanin Greg Hancock.

Dzięki zwycięstwu Hancock został liderem klasyfikacji mistrzostw świata. Drugi Gollob traci do niego sześć punktów.

41-letni Amerykanin był najlepszy także w rundzie kwalifikacyjnej (14 punktów), tylko punkt mniej zdobył Jarosław Hampel. Po trzech seriach z kompletem punktów prowadził Tomasz Gollob, jednak w czwartym swoim biegu przegrał z Hampelem, a w piątym wyprzedzili go Hancock i Jonsson. W efekcie polski mistrz świata w 1. fazie zawodów zdobył 12 punktów.

Dwa ostatnie swoje starty w rundzie zasadniczej wygrał trzeci nasz reprezentant Rune Holta, ale w trzech pierwszych wyścigach przywiózł zaledwie punkt i nie udało mu się przebić do półfinału.

Przełomu w cyklu Grand Prix nie doczekał się czwarty Polak w sobotnich zawodach - Janusz Kołodziej, który nie może odnaleźć formy z poprzedniego sezonu. Tym razem żużlowiec Unii Leszno zdobył tylko jeden punkt.

Słabo spisał się Emil Sajfutdinow. W dwóch pierwszych biegach zdobył w sumie tylko trzy punkty, a w mocno obsadzonym 11. wyścigu wieczoru (z udziałem Golloba, Pedersena i Holty) wywrócił się nieatakowany przez nikogo i sędzia wykluczył go z powtórki. Młody Rosjanin wściekły wracał do swojego boksu, ale nie zmobilizowało go to do skuteczniejszej walki w następnym biegu. Przyjechał ostatni i stracił szanse na awans do półfinału. Na nic zdało się zwycięstwo w 20. biegu.

W pierwszym półfinale najlepiej wystartował Hancock i szybko odjechał rywalom na bezpieczny dystans. Trzeci Pedersen mocno atakował Crumpa, ale nie udało mu się przedrzeć się na drugą pozycję premiowaną awansem do finału. Zdecydowanie więcej emocji było w drugim półfinale. Rywalom uciekł Hampel, a Chris Holder musiał odpierać ataki Golloba, któremu nie udało się dobrze wystartować. Polak był coraz bliżej, ale to nie jego atak spowodował, że Australijczyk stracił panowanie nad motorem i wpadł na dmuchaną bandę. Sędzia wykluczył go z powtórki. W niej najlepiej spod taśmy wystrzelił Gollob, a tuż za nim jechał Hampel, któremu nie był w stanie zagrozić Fredrik Lindgren.

Na starcie wielkiego finału wszyscy zawodnicy twardo walczyli bark w bark. Najlepiej ruszyli ze skrajnych pól Hancock i Hampel, ale Gollob z Crumpem byli bardzo blisko i to na tyle, że składający się do pierwszego wirażu Polak lekko trącił tylnym kołem Australijczyka. Crump upadł, ale sędzia nakazał powtórkę w pełnej obsadzie. Świetnie wystartował Hancock, bardzo mocno aż do samej mety naciskał go Hampel, ale doświadczony Amerykanin nie dał się wyprzedzić. Gollob minął linię mety na trzeciej pozycji.

Finał

1. Hancock, 2. Hampel, 3. Gollob, 4. Crump

Pierwszy półfinał

1. Hancock, 2. Crump, 3. Pedersen, 4. Bjerre

Drugi półfinał

1. Gollob, 2. Hampel, 3. Lindgren, 4. Holder (w)

Końcowa klasyfikacja GP w Pradze:

1. Greg Hancock (USA) 23 (3,2,3,3,3,3,6)

2. Jarosław Hampel (Polska) 19 (2,3,3,3,2,2,4)

3. Tomasz Gollob (Polska) 17 (3,3,3,2,1,3,2)

4. Jason Crump (Australia) 13 (3,3,2,1,2,2,0)

5. Chris Holder (Australia) 9 (3,3,1,0,2,w)

6. Kenneth Bjerre (Dania) 9 (2,1,2,3,1,0)

7. Nicki Pedersen (Dania) 9 (2,1,2,0,3,1)

8. Fredrik Lindgren (Szwecja) 9 (1,2,2,2,1,1)

9. Andreas Jonsson (Szwecja) 8 (2,2,1,1,2)

10. Rune Holta (Polska) 7 (0,0,1,3,3)

11. Antonio Lindbaeck (Szwecja) 6 (1,1,1,2,1)

12. Emil Sajfutdinov (Rosja) 6 (1,2,w,0,3)

13. Chris Harris (Wielka Brytania) 3 (d,1,0,2,0)

14. Matej Kus (Czechy) 3 (0,0,3,0,0)

15. Artiom Łaguta (Rosja) 2 (1,0,0,1,0)

16. Janusz Kołodziej (Polska) 1 (0,0,0,1,0)

Rez. Lukas Dryml (Czechy) 0

Rez. Zdenek Simota (Czechy) 0

 

Klasyfikacja generalna MŚ:

1. Greg Hancock (USA) 47 pkt

2. Tomasz Gollob (Polska) 41 pkt

3. Jarosław Hampel (Polska) 36

4. Nicki Pedersen (Dania) 30

5. Chris Holder (Australia) 28

6. Emil Sajfutdinow (Rosja) 28

7. Fredrik Lindgren (Szwecja) 26

8. Jason Crump (Australia) 24

9. Kenneth Bjerre (Dania) 21

10. Andreas Jonsson (Szwecja) 19

11. Janusz Kołodziej (Polska) 18

12. Rune Holta (Polska) 17

13. Antonio Lindbaeck (Szwecja) 16

14. Chris Harris (Wielka Brytania) 14

15. Thomas H. Jonasson (Szwecja) 8

16. Damian Baliński (Polska) 4

17. Artiom Łaguta (Rosja) 3

18. Matej Kus (Czechy) 3

19. Simon Gustafsson (Szwecja) 1

Pozostałe turnieje GP:

11 czerwca - Kopenhaga (Dania)

25 czerwca - Cardiff (W. Brytania)

30 lipca - Terenzano (Włochy)

13 sierpnia - Malilla (Szwecja)

27 sierpnia - Toruń (Polska)

10 września - Vojens (Dania)

24 września - Gorican (Chorwacja)

8 października - Gorzów Wlkp. (Polska)



Reprezentacja Polski przegrała z USA 0:3 w Łodzi w swoim drugim meczu w grupie A Ligi Światowej.

 

Po piątkowym zwycięstwie 3:0 w naszym zespole słabiej wypadli liderzy Bartosz Kurek i Zbigniew Bartman, z kolei mistrzowie olimpijscy z Pekinu rozegrali zdecydowanie lepsze spotkanie niż wczoraj.

Zwłaszcza w pierwszych dwóch setach bardzo dobrze na siatce grał David Lee, sporo punktów dorzucał Matthew Anderson, więc William Priddy i Clayton Stanley mieli dziś o wiele większe wsparcie.

W pierwszym secie długo trwała wyrównana walka. Na drugą przerwę techniczną "Biało-czerwoni" schodzili prowadząc 16:14, a po chwili zdobyli kolejne dwa punkty i wydawało się, że są na prostej drodze do wygrania pierwszej partii. Niestety, przewaga naszych reprezentantów błyskawicznie topniała, a w końcówce Amerykanom wychodziło niemal wszystko i wygrali do 22.

W drugim secie także przytrafił się naszym zawodnikom przestój (od stanu 15:16) i mimo czasów branych przez trenera naszej kadry, Amerykanie pewnie zmierzali po zwycięstwo. Mieliśmy duże problemy z przyjęciem zagrywki. Drugiego seta zakończył Stanley, który popisał się asem serwisowym (piłka leciała z prędkością 119 km/h!).

W trzeciej partii nasz zespół zaczął grać dopiero od stanu 0:4. Amerykanie także popełniali błędy i po bloku Ruciaka na Priddy'm przegrywaliśmy już tylko 15:16. W końcówce na parkiecie szalał Bartman i to dzięki jego atakom mieliśmy kilka piłek setowych. Nie potrafiliśmy ich jednak wykorzystać. Porywająca walka punkt za punkt trwała bardzo długo, ale zwycięsko wyszli z niej Amerykanie, którzy wygrali tę partię 37:35.

Kolejnymi przeciwnikami podopiecznych Andrei Anastasiego będą broniący tytułu Brazylijczycy oraz Portorykańczycy.

Polska - USA 0:3 (22:25, 19:25, 35:37)

Polska: Michał Ruciak, Piotr Nowakowski, Łukasz Żygadło, Bartosz Kurek, Grzegorz Kosok, Zbigniew Bartman, Krzysztof Ignaczak (libero) oraz Marcin Możdżonek, Paweł Woicki, Michał Bąkiewicz, Jakub Jarosz.

USA: William Priddy, David Lee, Clayton Stanley, Matthew Anderson, Ryan Millar, Donald Suxho, Richard Lambourne (libero) oraz Paul Lotman, Gabriel Gardner.

Widzów ok. 9 500.



 

sobota, 28 maja 2011

Nowy trener, nowe nadzieje czyli polscy siatkarze rozpoczęli sezon reprezentacyjny. Pierwszą imprezą w kalendarzu jest Liga Światowa. Na początek "Biało-czerwoni" zmierzyli się w Atlas Arenie w Łodzi z USA i wygrali 3:0.

Oficjalny debiut Andrei Anastasiego przypadł na pojedynek z mistrzami olimpijskimi Amerykanami. Przeciwnik trudny, ale nie tak mocny jak w Pekinie, kiedy "Jankesi" zdobywali złoto. W obecnym składzie brak m.in. znakomitego rozgrywającego Lloya Balla. Do Łodzi przyjechali za to doskonale znani kibicom na całym świecie William Priddy i Clayton Stanley.

Na początku swojej pracy z polską kadrą Anastasi też napotkał na trudności. W Lidze Światowej włoski szkoleniowiec nie może z skorzystać z usług: Mariusza Wlazłego, Michała Winiarskiego, Pawła Zagumnego i Daniela Plińskiego, a więc etatowych reprezentantów z pierwszej szóstki.

Anastasi zebrał grupę zawodników młodych, a także obytych na arenie międzynarodowej. Z nimi przygotowywał się w Spale do "światówki". Mieszanka wybuchowa przygotowana przez Włocha ma odnieść długo oczekiwany sukces w Lidze Światowej, zwłaszcza że Polacy są gospodarzami turnieju finałowego (6-10 lipiec Gdańsk) i udział w nim mają zapewniony z urzędu. Dobry wynik po klęsce na ostatnich mistrzostwach świata jest "Biało-czerwonym" bardzo potrzebny.

Podstawowy skład desygnowany przez Anastasiego na bój z Amerykanami nie był zaskoczeniem poza jednym wyjątkiem. Włoch w wyjściowej szóstce postawił na debiutanta w kadrze A Grzegorza Kosoka. Oprócz niego w podstawowym składzie wybiegli: Łukasz Żygadło (wrócił do kadry po konflikcie z byłym selekcjonerem Danielem Castellanim), Bartosz Kurek, Michał Ruciak, Zbigniew Bartman, Piotr Nowakowski i Krzysztof Ignaczak.

Pierwszy set w wykonaniu "Biało-czerwonych" był popisowy. Tego chyba nikt się nie spodziewał, a na pewno nie Amerykanie. Mecz jeszcze się na dobre nie rozpoczął, a już Jankesi przegrywali 2:8. Rozpędzeni Polacy jedynie w nielicznych fragmentach pozwolili rywalom na wyrównaną walkę. Trudno było dostrzec mankamenty w grze naszych siatkarzy. Wszyscy zagrali na dobrym, wysokim poziomie, a bohaterem inauguracyjnej partii był bez wątpienia Kurek. Zawodnik PGE Skry Bełchatów zdobył w pierwszym secie aż 9 punktów. Polacy wygrali tę partię pewnie 25:20, a decydujący punkt atakiem z krótkiej zdobył Kosok.

W drugim secie Amerykanie zabrali się do pracy, a że Polacy nie zamierzali spuszczać z tonu, to byliśmy świadkami ciekawego widowiska. Początek tej odsłony dla Jankesów, którzy prowadzili 3:1, 6:3, 8:5. Prym w zespole prowadzonym przez Alana Knipe'a wiedli Stanley i Priddy. "Biało-czerwoni" musieli gonić wynik, ale mimo starań nie udawało się zmniejszyć przewagi rywali.

W naszej drużynie w dalszym ciągu świetnie spisywał się Kurek. Aplauz kibiców zgromadzonych w Atlas Arenie wzbudziła zwłaszcza jedna akcja, kiedy to Żygadło kompletnie zgubił blok Amerykanów, a Kurek wbił siatkarskiego "gwoździa" w boisko gości. To dodało Polakom animuszu. Po ładnej kontrze zakończonej skutecznym atakiem Ruciaka na tablicy wyników był remis 12:12. Na drugą przerwę techniczną to jednak Amerykanie schodzili z jednopunktowym prowadzeniem (16:15).

Kolejne fragmenty to zacięta walka o każdą piłkę. W decydujących fragmentach podopieczni Anastasiego zachowali zimną krew i wypunktowali przeciwnika. Znakomita postawa w obronie sprawiła, że nasi siatkarze mogli wyprowadzić zabójcze kontry, w których nie mylili się Kurek, Bartman i Ruciak. Polacy "odskoczyli" na 23:21, a kiedy Kosok zablokował Priddy'ego (24:21) stało się jasne, że druga partia padnie łupem "Biało-czerwonych". Żygadło wystawił na skrzydło do Bartmana, a ten bez trudu poradził sobie z pojedynczym blokiem.

Dłuższa, 10-minutowa przerwa między drugim, a trzecim setem nie wybiła polskich siatkarzy z rytmu. Wręcz przeciwnie. "Biało-czerwoni" ruszyli na rywala od początku i na efekty nie trzeba było długo czekać. Pierwsza przerwa techniczna odbyła się przy prowadzeniu Polaków 8:3. Trener Amerykanów zmienił rozgrywającego (Donalda Suxho zastąpił Brian Thornton), ale obraz gry nie uległ zmianie. Polacy dominowali i wszystko zmierzało ku wygranej w trzech setach.

Chwilę dekoncentracji gospodarzy wykorzystali Amerykanie i zniwelowali różnicę do tylko dwóch "oczek" (18:20). Anastasi poprosił o przerwę, a jego uwagi poskutkowały. Dwa punkty z rzędu zdobyli Polacy. Nasi siatkarze szansy nie zmarnowali. Pierwszą piłkę meczową nasz zespół miał po ataku z przechodzącej piłki Kurka. Trzeciego seta i cały mecz zakończył nieudanym atakiem Priddy.

Polska - USA 3:0 (25:20, 25:22, 25:19)

Polska: Nowakowski, Kosok, Kurek, Bartman, Ruciak, Żygadło, Ignaczak (L) oraz Możdżonek, Woicki

USA: Anderson, Lee, Suxho, Priddy, Millar, Stanley, Lambourne (L) oraz Lotman, Gardner, Thornton, Holmes.

Widzów ok. 8 000.



GRUPA A:

Portorykańczycy, mimo usilnych starań, nie sprostali Brazylijczykom, ulegając im wysoko w inauguracyjnym spotkaniu Ligi Światowej. Podopieczni Rezende prezentując grę do jakiej wszystkich przyzwyczaili, zanotowali pierwsze zwycięstwo na swym koncie.

Portoryko - Brazylia 0:3
(15:25, 19:25, 16:25)

Składy zespołów:
Portoryko: Rivera J. (9), Soto (11), Muniz (7), Rivera V. (10), Perez (1), Escalante (5), Berrios (libero)
Brazylia: Bruno (3), Vissotto (12), Lucas (7), Rodrigao (7), Giba (13), Bravo (10), Sergio (libero) oraz Marlon i Theo (1)



GRUPA B:

W pierwszym meczu grupy B reprezentacja Rosji bez straty seta pokonała w Ufie 3:0 Japonię. Najskuteczniejszym zawodnikiem w drużynie gospodarzy był Aleksiej Spiridonow, zdobywca 16 punktów.

Rosja - Japonia 3:0
(25:22, 25:20, 25:18)

Składy zespołów:
Rosja: Chtiej (9), Grankin (1), Muserskij (8), Spiridonow (16), Michajłow (9), Wołkow (10), Sokołow (libero) oraz Ilinych, Birjukow (5) i Butko
Japonia: Usami, Tomimatsu (11), Yamamura (3), Shimizu (12), Ishijima (6), Yoneyama (4), Tanabe (libero) oraz Abe, Yamamoto, Fukuzawa i Koshikawa (5)


GRUPA C:

Grupa C rozgrywki zaczyna dziś. Argentyna podejmuje Serbię, a Portugalia Finlandię.


GRUPA D:

Małą niespodzianką zakończył się mecz grupy D Ligi Światowej w koreańskim Suwon. Gospodarze pokonali bez większych problemów 3:0 reprezentację Kuby, osłabianą wprawdzie brakiem najlepszych zawodników. To i tak ogromny sukces Koreańczyków.

Korea Płd. - Kuba 3:0
(25:20, 29:27, 25:18)

Składy zespołów:
Korea Płd.: Han Sun-Soo, Jeon Kwang-In (20), Lee Sun-Kyu (2), Kim Jeong-Hwan (9), Choi Hong-Suk (15), Shin Yung-Suk (15), Yeo Oh-Hyun (libero) oraz Kwak Seung-Suk, Ha Hyun-Yong (2) i Lee Kang-Yoo
Kuba: Leon (5), Camejo (7), Bell (8), Albo (3), Diaz (2), Hernandez (14), Gutierrez (libero) oraz Perdomo (1), Cepeda (3) i Martinez (2)



Francja - Włochy 0:3
(14:25, 20:25, 12:25)

Składy zespołów:
Francja: Rouzier (11), Vadeleux (5), Samica (2), Sol (3), Lyneel (8), Pujol (1), Exiga (libero) oraz Kapfer, Toniutti, Moreau (1) i Tuia (5)
Włochy: Lasko (13), Zaytsev (8), Savani (10), Buti (7), Travica (3), Birarelli (12), Bari (libero) oraz Kovar, De Togni, Della Lunga i Sabbi



Siatkarki Banku BPS Muszynianki Fakro Muszyna zostały mistrzyniami Polski. W trzecim meczu wielkiego finału zespół prowadzony przez Bogdana Serwińskiego po raz trzeci pokonał Atom Trefl Sopot 3-1.

 

To czwarty tytuł mistrzowski w historii klubu z 5-tysięcznej Muszyny. W tym sezonie sięgnął po podwójną koronę, bo w kwietniu zdobył także Puchar Polski.

"Mineralne" wygrały dwa pierwsze mecze u siebie i tym razem także udanie rozpoczęły. Choć gospodynie szybko wyrównały (5:5), to od przerwy technicznej na parkiecie rządziły faworytki i pewnie wygrały do 13.

Po zaciętym początku drugiej partii Muszynianka odskoczyła na dystans pięciu punktów (10:5) i trener Alessandro Chiappini musiał poprosić o czas. Przy stanie 17:11 wziął drugi czas, ale długo zanosiło się na to, że jego zespół już nie zagrozi poważniej rywalkom. Siatkarki z Muszyny prowadziły 22:16, ale gdy ich przewaga stopniała do trzech "oczek" (23:20), trener Serwiński poprosił o czas. Gospodynie wygrały kolejną wymianę, ale końcówka należała już do przyjezdnych, a ostatnie słowo w drugim secie należało do Joanny Kaczor.

Atom Trefl poderwał się do walki w trzecim secie. Wyrównana walka trwała do pierwszej przerwy technicznej. Siatkarki z Sopotu wróciły na parkiet prowadząc 8:7 i już po chwili zrobiło się 15:7! Nie pomógł czas wzięty przez Serwińskiego. Przy stanie 17:8 z bardzo dobrej strony pokazała się Kinga Kasprzak. Po jej akcjach Muszynianka odrobiła część strat (18:11) i Chiappini nie czekał, tylko poprosił o przerwę. Jego zespół znów zaczął grać na miarę swoich możliwości, imponował w obronie i wyprowadzał skuteczne ataki. W efekcie gospodynie wygrały do 17.

Trzeci set zapowiadał emocje w kolejnym, tymczasem zespół z Sopotu błyskawicznie tracił kolejne punkty, a trenerowi Chiappiniemu nie udawało się poderwać swoich zawodniczek do walki (po raz pierwszy poprosił o czas przy stanie 2:7, a po raz drugi, gdy Muszynianka prowadziła już 11:4). Przy stanie 14:24 Nermian Ozsoy zaatakowała w aut i siatkarki z Muszyny rozpoczęły fetowanie odzyskanie utraconego przed rokiem tytułu mistrzyń Polski.

MVP meczu została Mariola Zenik.

Finał

Atom Trefl Sopot - Bank BPS Muszynianka Fakro Muszyna 1:3 (13:25, 22:25, 25:17, 14:25)

Atom Trefl Sopot: M. Śliwa, Konieczna, Świeniewicz, Maculewicz, Fernandez, Ozsoy, Maj (L) oraz Sieczka, Bełcik, Nuszel.

Bank BPS Muszynianka Fakro Muszyna: Wensink, Bednarek-Kasza, Kaczor, Sadurek, Jagieło, Stam-Pilon, Zenik (L) oraz Kaczorowska, Śrutowska, Kasprzak, Gajgał.

W rywalizacji do trzech zwycięstw Bank BPS Muszynianka Fakro wygrał 3-0.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6