wtorek, 31 sierpnia 2010

Przez weekend oglądałem polską telewizję i widziałem Tomasza Wieszczyckiego w Canale +. W końcu zadałem sobie pytanie: "Czy on czasami nie jest dyrektorem sportowym w ŁKS-ie?" Oczywiście, że tak - pisze w swym kolejnym felietonie Zbigniew Boniek.

Zacząłem uruchamiać moje szare komórki. Takich przypadków w naszej piłce jest więcej. Jerzy Engel występuje w TVP jako komentator-recenzent występów reprezentacji Polski, a jednocześnie piastuje funkcję szefa wyszkolenia w Polskim Związku Piłki Nożnej. Trenerzy 1. ligi i Ekstraklasy komentujący mecze Ligi Europejskiej i lig zagranicznych czasami po meczu własnych drużyn nie mają czasu na nic, spieszą się, aby zdążyć do Warszawy na transmisję.

Ciekawe, że w naszym kraju nikomu to nie przeszkadza. Czy w jakimkolwiek piłkarsko normalnym kraju jest możliwe, aby dyrektor sportowy, trener miał stosunek o pracę z jakąś telewizją w okresie obowiązywania kontraktu w klubie? Absolutnie nie! Nie jest to możliwe, chociażby ze względu na wiarygodność.

Widząc w sobotę Wieszczyckiego w Warszawie, a nie w Łodzi, gdzie powinien pilnować swojej roboty, odniosłem smutne wrażenie.

Oczywiście osobiście nie mam pretensji do Engela, Wieszczyckiego, czy innych trenerów, którzy komentują mecze. Wręcz przeciwnie, wielu z nich, to moi dobrzy koledzy. Nie zmienia to jednak faktu, że udzielanie się przez nich w telewizjach stwarza sytuację absolutnie dwuznaczną, której normalna rzeczywistość nie powinna tolerować.

Wieszczycki, jako niezależny ekspert, w telewizji może powiedzieć wszystko i skrytykować wszystkich - będzie to brzmiało wiarygodnie. Ale jeżeli jako dyrektor sportowy ŁKS-u krytykuje Legię albo Lecha Poznań, czuję się dziwnie, mam mieszane uczucia, wiedząc, że ten sam człowiek nie może sobie poradzić ze swoją drużyną, która gra o klasę niżej.

Dzisiaj to jest sprawa Canalu + i innych telewizji, które korzystają z takich rozwiązań. Nie wiedzą jakie są standardy międzynarodowe i jak to funkcjonuje na świecie.

Recenzenci, którzy mają pracę w klubie mogą wejść do studia i są bardzo mile widziani jako szanowani goście, których się pyta o zdanie w ważkich sprawach, czy prosi się o udzielenie dobrego wywiadu. Natomiast niech ludzie, którzy krytykują innych, nie zapominają o swoich błędach.

Ciekawym jesteśmy krajem pod tym względem. Chcemy zrobić dobrą, zawodową piłkę, ale kanony, które obowiązują w Europie, u nas mają zupełnie inny wydźwięk.

Zbigniew Boniek

Cały tekst zaczerpnięty został z bloga Zbigniewa Bońka na interia.pl

http://zbigniewboniek.blog.interia.pl/


poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Jagiellonia Białystok wiceliderem piłkarskiej Ekstraklasy! Do wyprzedzenia Polonii Warszawa "Jadze" zabrakło jeszcze jednego trafienia, ale w Białymstoku chyba i tak nikt nie narzeka. Po golach Tomasza Frankowskiego i Kamila Grosickiego Jagiellonia pokonała Lecha Poznań 2-0.


Obie drużyny były w tym sezonie niepokonane, a do dziś Lech miał dwie imponujące serie. Nie przegrał bowiem 25 kolejnych spotkań ligowych, a w 33 oficjalnych spotkaniach nie stracił więcej niż jednej bramki. Jagiellonia strzeliła dwie bramki, wygrała spotkanie - Lech musi więc swoje serie rozpoczynać od nowa.

Miesiąc temu po golu Frankowskiego Jagiellonia pokonała mocno rezerwowy skład Lecha 1-0 w walce o Superpuchar Polski. W niedzielę mistrz Polski wystąpił już w najmocniejszym zestawieniu, więc żadnych wytłumaczeń trener Jacek Zieliński mieć nie może.

Pierwsza połowa nie była zbyt ciekawa - jak to już tradycyjnie bywa szczególnie w meczach Lecha, sporo walczono w środku boiska. Mało za to było strzałów i precyzyjnych dograń przed samą bramkę. Najlepszą okazję gospodarze mieli w 34. minucie po świetnie rozegranym kontrataku. Piłkę z lewej strony dośrodkował Jarosław Lato, a Tomasz Kupisz na wślizgu posłał piłkę w kierunku bramki Lecha. Skrzydłowy "Jagi" pomylił się o centymetry.

Słabym aktorem w tym widowisku był sędzia Szymon Marciniak. Pierwszą połowę zakończył wtedy, gdy w sytuacji sam na sam z Buriciem znalazł się Frankowski. Zaraz po przerwie powinien wyrzucić z boiska Mladena Kaszczelana, który miał już żółtą kartkę, a drugą taką powinien dostać za faul na Luisie Henriquezie. Marciniak, nie wiedzieć dlaczego, oszczędził piłkarza, a trener Michał Probierz zaraz zmienił Czarnogórca. Posłał do boju Kamila Grosickiego i to był właśnie strzał "w dziesiątkę."

Lech miał wreszcie swoje sytuacje - po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Manuel ArboledaSławomir Peszko nie potrafił kopnąć piłki lewą nogą. Jagiellonia czekała na swoją szansę i się doczekała. W 69. minucie gol Grosickiego nie został jeszcze uznany (piłkarz był na spalonym), ale minutę później kibice już się cieszyli. "Grosik" minął Marcina Kikuta i Grzegorza Wojtkowiaka, zagrał piłkę obok Arboledy, a Frankowski tylko przystawił nogę. uderzył głową tuż obok słupka, zaś znajdujący się niemal w sytuacji sam na sam z Sandomierskim

To była pierwsza z kluczowych sytuacji. Druga miała miejsce pięć minut później. Arboleda zatrzymał w nieprzepisowy sposób Grosickiego - sędzia Marciniak, inaczej niż w sytuacji z Kaszczelanem, pokazał zawodnikowi drugą żółtą kartkę. Lech musiał grać w osłabieniu, a do szatni wyrzucono jeszcze kierownika poznańskiej drużyny Łukasza Mowlika, który zbyt ostro protestował przy linii bocznej.

Jagiellonia uzyskała więc kolejny atut - mogła myśleć nie tylko o wygraniu tego meczu, ale nawet o zajęciu pierwszego miejsca w tabeli! Miała kwadrans na strzelenie dwóch bramek. Gospodarze byli bliscy powodzenia - drugą bramkę strzelił głową Grosicki (piękna asysta Alexisa Norambueny), Alexis trafił też z dystansu w poprzeczkę, a strzał Tadasa Kijanskasa obronił Burić. Lech nic za to już nie pokazał - mimo, że Zieliński wpuścił na boisko kolejnych dwóch napastników.

Jagiellonia Białystok - Lech Poznań 2-0 (0-0)

Bramki:

1-0 Frankowski (71. z podania Grosickiego).

2-0 Grosicki (89. głową z podania Norrambueny).

Jagiellonia Białystok: Sandomierski - Kascelan ŻK (55. Grosicki), Skerla, Thiago, Alexis Norambuena - Kupisz, Grzyb, Hermes, Burkhardt (65. Kijanskas), Lato - Frankowski (86. Gogol).

Lech Poznań: Burić - Kikut, Wojtkowiak, Arboleda ŻK, Czk, Henriquez - Peszko (85. Tshibamba), Injac ŻK, Bandrowski, Stilić (67. Wichniarek), Kriwiec (61. Kiełb) - Rudnevs.

Sędzia: Szymon Marciniak (Płock).

Widzów: 6.000 (komplet).


93. Wielkie Derby Śląska dla Górnika Zabrze! Podobnie jak w ostatnim spotkaniu zabrzan z Ruchem, o wyniku meczu zadecydował strzał z rzutu wolnego. Tym razem bohaterem meczu został Mariusz Magiera, po uderzeniu którego skapitulował Krzysztof Pilarz.


Od początku meczu przeważali gospodarze, którzy wysokim pressingiem zepchnęli Ruch do obrony. Co z tego, skoro defensywa chorzowian bez problemu radziła sobie z chaotycznie grającymi zabrzanami i nie pozwalała na oddanie groźnego strzału w kierunku bramki Krzysztofa Pilarza.

Ruch skupiał się na rozbijaniu ataków gospodarzy, ale po szybkich kontrach miał również swoje okazje. Najlepszą z nich zmarnował Grzegorz Bronowicki, który po znakomitym podaniu Łukasza Janoszki miał otwartą drogę do bramki. Lewy obrońca chorzowian zwlekał jednak z oddaniem strzału i zamiast efektownego gola wyszło anemiczne uderzenie, z którym poradził sobie Adam Stachowiak.

W drugiej połowie obraz gry się nie zmienił. Górnik atakował, kontrowali goście. Kiedy znakomitej okazji nie wykorzystał Piotr Gierczak, wydawało się, że piłkarze Adama Nawałki w niedzielę gola już nie strzelą. Doświadczony pomocnik najpierw świetnym podaniem rozpoczął groźną akcję gospodarzy, ale po dobrym zagraniu od Zahorskiego i efektownym przepuszczeniu piłki przez Bonina, nie trafił z bliska do pustej bramki.

Zabrzanie jednak w końcu znaleźli sposób na Pilarza. Skoro nie udawało się trafić z akcji, gol padł po stałym fragmencie gry. Po faulu Grodzickiego na Zahorskim rzut wolny na bramkę fantastycznym uderzeniem zamienił Mariusz Magiera. Do końca meczu pozostało dziesięć minut, a Waldemar Fornalik zareagował błyskawicznie, posyłając na boisko Marcina Zająca i Macieja Jankowskiego. Doświadczony napastnik nie stworzył sobie jednak ani jednej okazji do oddania strzału, a zdobywca bramki w meczu w Bełchatowie tym razem w dobrej okazji przestrzelił.

Górnik Zabrze - Ruch Chorzów 1-0 (0-0)

1-0 Magiera (82. z wolnego)

Górnik: Adam Stachowiak - Michał Bemben, Adam Banaś, Mariusz Jop, Mariusz Magiera - Grzegorz Bonin (89. Maciej Bębenek), Mariusz Przybylski, Aleksander Kwiek, Marcin Wodecki (71. Adrian Świątek) - Tomasz Zahorski (87. Daniel Sikorski), Piotr Gierczak.

Ruch: Krzysztof Pilarz - Krzysztof Nykiel, Rafał Grodzicki, Maciej Sadlok, Grzegorz Bronowicki - Wojciech Grzyb, Gabor Straka, Marcin Malinowski, Łukasz Janoszka (86. Marcin Zając) - Arkadiusz Piech (79. Maciej Jankowski), Sebastian Olszar (63. Michał Pulkowski).

Sędzia: Daniel Stefański (Bydgoszcz). Żółta kartka - Górnik Zabrze: Adrian Świątek. Ruch Chorzów: Krzysztof Nykiel, Grzegorz Bronowicki, Krzysztof Pilarz, Arkadiusz Piech. Widzów 13˙000.


TABELA:

STRZELCY:

Robert Kubica ze stajni Renault zajął trzecie miejsce w Grand Prix Belgii na torze Spa-Francorchamps. Wyścig wygrał Brytyjczyk Lewis Hamilton z McLarena, drugi był Mark Webber - kierowca Red Bulla.


Z pierwszego pola startował Mark Webber z zespołu Red Bull, tuż obok Lewis Hamilton z McLarena, za nimi w drugiej linii Robert Kubica z ekipy Renault i Sebastian Vettel ze stajni Red Bull. Prawie cała czołówka ruszyła na oponach typu "slick" na suchą nawierzchnię. Tylko kierowcy z zespołu Ferrari: Fernando Alonso i Felipe Massa zameldowali się na linii startu z oponami przejściowymi.

Fatalnie na starcie zachował się zwycięzca pole position - Mark Webber. Australijczyk wyraźnie zaspał po zgaszeniu semaforów, co skrzętnie wykorzystał Lewis Hamilton, który niezagrożony wszedł w pierwszy zakręt.

Kapitalnie na taką sytuację zareagował Robert Kubica. Polak jednym manewrem do środka toru wyprzedził Webbera i wyszedł na drugie miejsce. Niewielkie zamieszanie powstało na dalszych pozycjach, gdzie Sebastian Vettel stracił swoją pozycję na rzecz Jensona Buttona z McLarena. Aktualny mistrz świata w pierwszym zakręcie próbował atakować także Roberta Kubicę, ale Polak zdołał obronić swoją pozycję. Po wyjściu z zakrętu numer jeden na torze zrobiło się bardzo nerwowo. Wszytko to za sprawą niewielkiego, krótkiego deszczu, który w drugim sektorze toru Spa w niewielkim stopniu zmoczył nawierzchnię.

W momencie, gdy nad torem Spa-Francorchamps zaczęło padać, do boksu zaczęły zjeżdżać kolejne bolidy. Najpierw byli to kierowcy ze środka stawki, później dołączyli do nich prowadzący Lewis Hamilton i wicelider - Robert Kubica.

Brytyjczyk z McLarena zaliczył perfekcyjny postój. Wymienił opony w niesamowicie krótkim czasie i powrócił na tor. Niestety nie można tego powiedzieć o Robercie Kubicy. Polak - co widać na powtórkach - zbyt późno zahamował przed stanowiskiem serwisowym i zatrzymał się tuż obok miejsca przeznaczonego do wymiany opon.

Błąd ten spowodował, że serwisanci opóźnili zmianę ogumienia, co kosztowało Polaka kilka cennych sekund. Wyjeżdżając z boksu Kubica znalazł się za Webberem, tracąc drugą lokatę, a razem z nią trzy punkty (za drugie miejsce przyznawanych jest 18, zaś za trzecie tylko 15 "oczek" w klasyfikacji). Doświadczony kierowca Red Bulla nie dał się wyprzedzić krakowianinowi na ostatnich dziewięciu okrążeniach i dowiózł do mety drugą lokatę.

"Popełniłem błąd. Zdekoncentrowałem się przy wjeździe do boksu. Miałem mokre opony, w dodatku musiałem zmienić coś w ustawieniach na kierownicy, nie zdążyłem zahamować, zblokowałem koła i nie zmieściłem się do swego boksu. Musiałem się trochę ratować. Niestety zabrałem paru mechaników na przednie skrzydło, mam nadzieję, że z nimi wszystko OK. Straciłem drugie miejsce, ale nadal jest to podium, a więc mamy za sobą doskonały weekend. F-duct sprawował się znakomicie, oby tak dalej" - przyznał tuż po wyścigu Robert Kubica.

Wyniki Grand Prix Belgii:

1. Lewis Hamilton (W.Brytania/McLaren-Mercedes)    1:29.04,268
2. Mark Webber (Australia/Red Bull-Renault) strata 1,571 s
3. Robert Kubica (Polska/Renault) 3,493
4. Felipe Massa (Brazylia/Ferrari) 8,264
5. Adrian Sutil (Niemcy/Force India-Mercedes) 9,094
6. Nico Rosberg (Niemcy/Mercedes GP-Petronas) 12,359
7. Michael Schumacher (Niemcy/Mercedes GP-Petronas) 15,548
8. Kamui Kobayashi (Japonia/BMW Sauber-Ferrari) 16,678
9. Witalij Pietrow (Rosja/Renault) 23,851
10. Jaime Alguersuari (Hiszpania/Toro Rosso-Ferrari) 29,457
11. Vitantonio Liuzzi (Włochy/Force India-Mercedes) 34,831
12. Pedro de la Rosa (Hiszpania/BMW Sauber-Ferrari) 36,019
13. Sebastien Buemi (Szwajcaria/Toro Rosso-Ferrari) 39,895
14. Nico Huelkenberg (Niemcy/Williams-Cosworth) 1 okr.
15. Sebastian Vettel (Niemcy/Red Bull-Renault) 1 okr.
16. Heikki Kovalainen (Finlandia/Lotus-Cosworth) 1 okr.
17. Lucas Di Grassi (Brazylia/Virgin-Cosworth) 1 okr.
18. Timo Glock (Niemcy/Virgin-Cosworth) 1 okr.
19. Jarno Trulli (Włochy/Lotus-Cosworth) 1 okr.
20. Sakon Yamamoto (Japonia/Hispania-Cosworth) 2 okr.


Klasyfikacja MŚ kierowców (po 13 z 19 eliminacji):
1. Lewis Hamilton (W.Brytania/McLaren-Mercedes) 182 pkt
2. Mark Webber (Australia/Red Bull-Renault) 179
3. Sebastian Vettel (Niemcy/Red Bull-Renault) 151
4. Jenson Button (W.Brytania/McLaren-Mercedes) 147
5. Fernando Alonso (Hiszpania/Ferrari) 141
6. Felipe Massa (Brazylia/Ferrari) 109
7. Robert Kubica (Polska/Renault) 104
8. Nico Rosberg (Niemcy/Mercedes GP-Petronas) 102
9. Adrian Sutil (Niemcy/Force India-Mercedes) 45
10. Michael Schumacher (Niemcy/Mercedes GP-Petronas) 44
11. Rubens Barrichello (Brazylia/Williams-Cosworth) 30
12. Kamui Kobayashi (Japonia/BMW Sauber-Ferrari) 21
13. Witalij Pietrow (Rosja/Renault) 19
14. Vitantonio Liuzzi (Włochy/Force India-Mercedes) 12
15. Nico Huelkenberg (Niemcy/Williams-Cosworth) 10
16. Sebastien Buemi (Szwajcaria/Toro Rosso-Ferrari) 7
17. Pedro de la Rosa (Hiszpania/BMW Sauber-Ferrari) 6
18. Jaime Alguersuari (Hiszpania/Toro Rosso-Ferrari) 4


Klasyfikacja MŚ konstruktorów (po 13 z 19 eliminacji):
1. Red Bull-Renault 330 pkt
2. McLaren-Mercedes 329
3. Ferrari 250
4. Mercedes GP-Petronas 146
5. Renault 123
6. Force India-Mercedes 57
7. Williams-Cosworth 40
8. BMW Sauber-Ferrari 27
9. Toro Rosso-Ferrari 11
Następny wyścig - Grand Prix Włoch - odbędzie się 12 września na torze Monza.

Polskie siatkarki przegrały w niedzielę z Włoszkami 1:3 (25:23, 15:25, 23:25, 17:25) w ostatnim swym meczu finałowego turnieju World Grand Prix rozgrywanego w chińskim Ningbo. Polki zajęły szóste, ostatnie miejsce w zawodach. Siatkarki Stanów Zjednoczonych po raz trzeci w historii wygrały cykl World Grand Prix. Amerykanki w turnieju finałowym wygrały wszystkie spotkania.


Polki wygrywając z Włoszkami, mogły liczyć na zajęcie nawet trzeciej lokaty w klasyfikacji World Grand Prix. Nie wykorzystały jednak szansy i ostatecznie zostały sklasyfikowane na szóstej pozycji. Tym samym powtórzyły wynik sprzed trzech lat.

O porażce polskiego zespołu zaważyły niezrozumiałe przestoje w grze, podczas których siatkarki łatwo traciły punkty. W drugim secie biało-czerwone między przerwami technicznymi nie potrafiły skutecznie zakończyć ani jednej akcji. Włoszki zaś grały bezbłędnie, a po skutecznych akcjach Sereny Ortolani i Antonelli Del Core powiększały przewagę i odzyskiwały pewność siebie.

Trzecia partia była najbardziej zacięta. Matlak desygnował na boisko kolejną atakującą Katarzynę Zaroślińską, która wniosło sporo ożywienia w grze polskiej drużyny. Oba zespoły grały jednak nierówno, a prowadzenie zmieniało się jak w kalejdoskopie. Przy stanie 23:23 ze źle wystawionej piłki w blok zaatakowała Zaroślińska. Matlak poprosił o czas, ale po nim jego podopieczne nie zdążyły rozegrać akcji, bowiem Giulia Rondon zdobyła punkt bezpośrednio z zagrywki.

Przegrany pechowo set nie załamał Polek. Dobre przyjęcie zagrywki i skuteczny blok pozwoliły Polkom objąć prowadzenie 12:5. Wystarczyły dwie-trzy nie udane akcje, by w poczynaniach polskiej drużyny wkradła się niepotrzebna nerwowość. Gry nie uporządkowała też Katarzyna Skorupa, która zmieniła Milenę Sadurek. Włoszki w tempie ekspresowego pociągu nie tylko odrobiły straty, ale powiększały przewagę. Polki w drugiej części seta zdobyły zaledwie pięć punktów tracąc 20.

Najwięcej punktów dla Polski zdobyły: Anna Barańska 14, Katarzyna Gajgał 10, Agnieszka Bednarek-Kasza i Zaroślińska po 9.

Włochy - Polska 3:1 (23:25, 25:15, 25:23, 25:17)

Włochy: Eleonora Lo Bianco, Lucia Crisanti, Jenny Barazza, Antonella Del Core, Lucia Bosetti, Simona Gioli, Enrica Merlo (libero) oraz Serena Ortolani, Giulia Rondon,

Polska: Milena Sadurek, Katarzyna Gajgał, Agnieszka Bednarek-Kasza, Anna Barańska, Karolina Kosek, Joanna Kaczor, Mariola Zenik (libero) oraz Katarzyna Skowrońska-Dolata, Joanna Staniucha-Szczurek, Katarzyna Skorupa, Katarzyna Zaroślińska.

Wyniki 5. kolejki

USA - Japonia 3:0 (26:24, 25:20, 25:23)

Włochy - Polska 3:1 (23:25, 25:15, 25:23, 25:17)

Chiny - Brazylia 0:3 (12:25, 16:25, 15:25)

Końcowa klasyfikacja World Grand Prix 2010:

1. USA, 2. Brazylia, 3. Włochy, 4. Chiny, 5. Japonia, 6. Polska, 7. Holandia, 8. Dominikana, 9. Niemcy, 10. Tajlandia, 11. Portoryko, 12. Tajwan.

Tabela turnieju finałowego

                         M Z P  sety  pkt 
1. USA 5 5 0 15- 4 13
2. Brazylia 5 3 2 13- 7 11
3. Włochy 5 2 3 8-10 7
4. Chiny 5 2 3 6-10 6
5. Japonia 5 2 3 8-13 4
6. Polska 5 1 4 7-13 4

Polscy skoczkowie znokautowali pozostałych zawodników w drugim konkursie Letniej Grand Prix w japońskiej Hakubie (HS 131).

Kamil Stoch zwyciężył dzięki pięknym skokom na odległość 129,5 oraz 130,5m. Drugie miejsce zajął równie fenomenalny dziś 20-latek Dawid Kubacki. Skoczek z Nowego Targu lądował dziś na 129 oraz 128,5 metra. Trzeci był reprezentant Japonii Fumihisa Yumoto, który w drugiej serii poszybował na odległość 126,5m. Skoczek ten otrzymał tytuł "Man of the Day". Dopiero 4. miejsce zajął niepokonany wczoraj lider klasyfikacji GP Daiki Ito - 124,5 oraz 126m.

Reszta naszych zawodników również spisała się dobrze. Bardzo dobrze zaprezentował się Rafał Śliż, który uzyskał 127,5m a następnie 131m co okazało się najdłuższym skokiem drugiej serii, pozwoliło to Rafałowi na 6. miejsce. 12. miejsce zajął Stefan Hula, po skokach na 125. i 120,5 metra. Tuż za nim uplasował się Maciej Kot, 19-latek uzyskał 125,5m oraz 124,5m.

To był dla nas przepiękny konkurs. Trzech naszych skoczków znalazło się w czołowej "6", w tym dwóch na podium. Dodajmy, że wszyscy nasi zawodnicy zmieścili się w pierwszej "15" zawodów a jedyni skoczkowie. którzy pokonali dziś odległość 130 metrów to Kamil Stoch i Rafał Śliż. Serdecznie gratulujemy!

1 STOCH Kamil Polska 129.5 m 130.5 m 282.3
2 KUBACKI Dawid Polska 129 m 128.5 m 278
3 YUMOTO Fumihisa Japonia 129 m 126.5 m 266.5
4 ITO Daiki Japonia 124.5 m 126 m 264.7
5 TOCHIMOTO Shohhei Japonia 127 m 125 m 264.6
6 SLIZ Rafal Polska 127.5 m 131 m 261.8
7 FREUND Severin Niemcy 126 m 125.5 m 260.8
8 OLLI Harri Finlandia 126 m 124.5 m 258.2
9 SEDLAK Borek Czechy 125.5 m 123 m 255.6
10 TAKEUCHI Taku Japonia 123.5 m 123.5 m 255
11 KARELIN Pavel Rosja 124.5 m 128.5 m 253.7
12 HULA Stefan Polska 125 m 120.5 m 253.1
13 KOT Maciej Polska 125.5 m 124.5 m 249.1
14 MATURA Jan Czechy 121.5 m 126 m 243.9
15 WATASE Yuta Japonia 123 m 122.5 m 237.6
16 PIKL Primoz Słowenia 123.5 m 122 m 235.6
17 YOSHIOKA Kazuya Japonia 124.5 m 122.5 m 235
18 HLAVA Lukas Czechy 123 m 121 m 233.4
19 KORNILOV Denis Rosja 122 m 120.5 m 231.4
20 MEZNAR Mitja Słowenia 122 m 119.5 m 227.5
21 CHOI Heung-Chul Korea 120.5 m 118.5 m 225.2
22 TROFIMOV Roman-Sergeevich Rosja 119 m 119 m 221.2
23 MUOTKA Olli Finlandia 120 m 118 m 219.3
24 ZIMA Rok Słowenia 118 m 118 m 216.8
25 RUUSKANEN Juha-Matti Finlandia 116.5 m 119 m 215.3
26 EGGENHOFER Markus Austria 117.5 m 118 m 214.1
27 ZHAPAROV Radik Kazachstan 119.5 m 112.5 m 210.9
28 HOCKE Stephan Niemcy 116.5 m 112 m 206
29 KIM Hyun-Ki Korea 114.5 m 114.5 m 204.6
30 TEPES Jurij Słowenia 116 m 113.5 m 204.5
31 STROLZ Andreas Austria 114 m - 100.9
32 MECHLER Maximilian Niemcy 114.5 m - 100.5
33 IPATOV Dimitri Rosja 113.5 m - 98.7
34 SPAETH Georg Niemcy 112.5 m - 98.3
34 HRGOTA Robert Słowenia 114.5 m - 98.3
36 DIETHART Thomas Austria 111.5 m - 94.7
DSQ LEVKIN Evgeni Kazachstan - - DSQ
niedziela, 29 sierpnia 2010

Z wielkiej chmury mały deszcz - tak można powiedzieć w skrócie określić przebieg meczu czwartej kolejki Ekstraklasy między Widzewem Łódź i Polonią Warszawa, zakończonego bezbramkowym remisem.


"Czarne Koszule" straciły pierwsze punkty w nowym sezonie, ale po sobotnich spotkaniach utrzymały prowadzenie w tabeli.

To miało być ciekawe widowisko, ale skończyło się tylko na zapowiedziach. Obie drużyny bardziej nie chciały stracić gola niż go strzelić. Interesująco na murawie zrobiło się dopiero po przerwie, kiedy zmęczeni już piłkarze zostawiali sobie trochę więcej miejsca do grania.

W pierwszej, słabej połowie piłkarze Polonii oddali w sumie cztery strzały, w tym dwa celne - Artura Sobiecha i Marcelo Sarvasa, ale Maciej Mielcarz nie dał się zaskoczyć.

Jeśli chodzi o gospodarzy, to ich formę strzelecką najlepiej odzwierciedla uderzenie Darvydasa Sernasa, które o ładnych kilka metrów minęło bramkę.

Litwin był najaktywniejszym piłkarzem Widzewa, pięć razy próbował pokonać Sebastiana Przyrowskiego, ale tylko raz trafił w światło bramki. W 71. minucie przejął piłkę po wykopie Mielcarza, kiedy minął się z nią Dariusz Pietrasiak, ale nie zdołał zaskoczyć golkipera rywali.

Polonia zawiodła i trudno jest tłumaczyć jej postawę brakiem kontuzjowanego Adriana Mierzejewskiego. W pierwszej jedenastce zastąpił go Euzebiusz Smolarek, który nie pokazał niczego wartego odnotowania.

Powrót Pawła Janasa, który wprowadził Widzew do Ekstraklasy, a potem zamienił ławkę rezerwowych na dyrektorski pokój w Polonii, do Łodzi nie wypadł więc okazale, a jego byli podopieczni pokazali, że i bez "Janosika" mogą sobie jakoś radzić.

Widzew Łódź - Polonia Warszawa 0-0

Widzew: Maciej Mielczarz - Łukasz Broź, Ugochukwu Ukah, Wojciech Szymanek, Dudu - Paul Grischok (72. Adrian Budka), Mindaugas Panka, Bruno Pinheiro, Velibor Durić, Tomasz Lisowski (54. Piotr Grzelczak) - Darvydas Sernas.

Polonia: Sebastian Przyrowski - Radek Mynar, Dariusz Pietrasiak, Łukasz Skrzyński, Tomasz Brzyski - Bruno Coutinho (76. Patryk Rachwał), Łukasz Trałka, Andreu Guerao Mayoral, Marcelo Sarvas (57. Janusz Gancarczyk), Euzebiusz Smolarek - Artur Sobiech (68. Daniel Gołębiewski).

Sędziował Dawid Piasecki (Słupsk). Widzów 8000.


Początek holenderskiej ery w Wiśle praktycznie nie różnił się od zakończonej niedawno ery Kasperczaka i Kulawika. Wisła znów zaprezentowała niemrawy futbol, ale okazało się, że na skazywaną na spadek Polonię Bytom to w zupełności wystarczyło. Na słowa pochwały zasługuje jedynie Argentyńczyk Rios, który z meczu na mecz prezentuje coraz więcej walorów i powoli staje się liderem drużyny Białej Gwiazdy.


Pierwsza połowa meczu nie przyniosła kibicom zgromadzonym na stadionie Hutnika wielu radości. Wisła nie potrafiła wypracować sobie przewagi. Mimo szybko strzelonego gola, piłkarze Białej Gwiazdy nie zepchnęli Polonistów do głębokiej defensywy i nie poszli za ciosem. Tuż przed przerwą stan meczu wyrównał Clemence Matawu. Były snajper Podbeskidzia otrzymał kapitalne od Barcika, dokładnie przyjął piłkę i momentalnie obrócił się w stronę bramki. Mając przed sobą tylko Mariusza Pawełka nie mógł popełnić błędu.

Na prawdziwe piłkarskie emocje trzeba było czekać do drugiej połowy. Od 46. minuty uaktywnił się Argentyńczyk Rios, który raz po raz nękał Juszczyka mocnymi i dokładnymi strzałami. Po jednym z nich bramkarz Polonii żle wypiąstkował piłkę, ta trafiła pod nogi Macieja Żurawskiego. Napastnik o takiej klasie nie mógł przestrzelić w wymarzonej sytuacji - spokojnym uderzeniem prawą nogą wyprowadził swój zespół na prowadzenie. W dalszej części meczu obie drużyny stworzyły sobie po kilka sytuacji bramkowych, ale w wielu przypadkach zabrakło precyzji przy wykończaniu akcji.

Mająca sporo problemów z formą drużyna Polonii Bytom pokazała się z dobrej strony. Podopieczni Jurija Szatałowa postawili trudne warunki wicemistrzom Polski i przez większość czasu gra była bardzo wyrównana. W ekipie Wisły nie widać jeszcze nowej jakości jaką ma zagwarantować trener Maaskant. Wydaje się jednak, źe z meczu na mecz krakowianie powinni prezentować się coraz lepiej - w spotkaniu z Polonią pojawiły się symtomy lepszej, bardzo finezyjnej i efektownej gry.

Wisła Kraków - Polonia Bytom 2-1 (1-1)

Bramki: 1-0 Małecki (20.), 1-1 Matawu (42.), 2-1 Żurawski (54.)

Wisła: Mariusz Pawełek - Erik Cikosz, Cleber, Gordan Bunoza, Junior Diaz - Patryk Małecki (73. Rafał Boguski), Tomas Jirsak (65. Cezary Wilk), Radosław, Dragan Paljić (83. Piotr Brożek) - Andres Rios, Maciej Żurawski.

Polonia: Marcin Juszczyk - Peter Hricko, Michal Hanek, Mateusz Żytko, Arkadiusz Mysona - Miroslav Barczik, Szymon Sawala, Jacek Falkowski (70. Blażej Vaszczak) , Marcin Radzewicz - Clemence Matawu (87. Maciej Bykowski), Robert Wojsyk (72. Tomasz Mikołajczak).

Sędzia: Hubert Siejewicz (Białystok). Żółte kartki: Bunoza, Cleber (Wisła).

Widzów: 3000.


W spotkaniu 4. kolejki piłkarskiej Ekstraklasy Zagłębie Lubin wygrało na własnym stadionie z Arką Gdynia 1-0. Dodatkowych emocji dostarczyły jupitery, które po pierwszej połowie odmówiły posłuszeństwa na Dialog Arenie.

Niestety dla kibiców z Gdyni, Arka zagrała w Lubinie dość biernie w ofensywie i w zasadzie nie stworzyła sobie pod bramką Isailovicia żadnej dogodnej sytuacji.

Być może wpływ na taką postawę Arki miał szybko strzelony gol przez Arkadiusza Woźniaka. W 5. minucie zawodów duży błąd popełnił Szmatiuk, który niedokładnie wybijał piłkę sprzed własnego pola karnego, po długim crossie jednego z obrońców Zagłębia. Niefortunnie wyekspediowana futbolówka trafiła pod nogi młodego gracza Zagłębia, który jak prawdziwy ligowy rutyniarz a'la Tomasz Frankowski umieścił piłkę w siatce. Woźniak uderzył mocno, kierując swój strzał w długi róg bramki gości.

Po strzeleniu gola lubinianie cofnęli się delikatnie w kierunku własnej bramki, licząc na wyprowadzanie groźnych kontrataków. Podopieczni Bajora do końca zawodów nie potrafili jednak wbić drugiego gola. Paradoksalnie problemem Zagłębia był fakt, że Arka nie angażowała zbyt dużej liczby zawodników w grę ofensywną, nie odkrywała się, uniemożliwiając lubinianom zadanie drugiego ciosu.

W przerwie spotkania na obiekcie w Lubinie zgasło światło... Po chwili okazało się, że doszło do usterki systemu komputerowego, który zarządza szeregiem słupów oświetleniowych na Dialog Arenie. Przez moment organizator meczu rozpatrywał pomysł przeniesienia drugiej połowy spotkania na niedzielę, ale ostatecznie udało się wznowić spotkanie po prawie godzinnej pauzie.

W drugiej połowie to Arka dyktowała warunki gry, jednak podobnie jak w pierwszej odsłonie gdynianie nie potrafili w regulaminowym czasie gry stworzyć realnego zagrożenia pod bramką Isailovicia. Arka imponowała stosowaniem wysokiego pressingu, konstruowaniem ciekawych akcji, ale w poczynaniach zespołu Pasieki zabrakło spokoju, doświadczenia, które pozwoliłyby dograć finalne podanie do napastników.

W doliczonym czasie gry Arka miała trzy sytuacje, które mogły się zakończyć zdobycie wyrównującej bramki. Wpierw Marcin Budziński strzelił obok bramki, po chwili Csaba Horvath przypadkowo trafił w poprzeczkę własnej bramki, a w 95. minucie Bojan Isailović z wielkim trudem obronił strzał Macieja Szmatiuka.

KGHM Zagłębie Lubin - Arka Gdynia 1-0 (1-0)

Bramka: 1-0 Arkadiusz Woźniak (5).

KGHM Zagłębie Lubin: Bojan Isailovic, Grzegorz Bartczak, Sergio Reina, Saba Horvath, Costa Nhamoinesu, Mateusz Bartczak, Martins Ekwueme, Arkadiusz Woźniak (90. Przemysław Kocot), Amer Osmanagic (75. Mouhamadou Traore), Łukasz Hanzel, Dusan Dokic (62. Wojciech Kędziora).

Arka Gdynia: Norbert Witkowski - Marciano Bruma, Maciej Szmatiuk, Michał Płotka, Emil Noll, Marcin Budziński, Miroslav Bozok, Paweł Zawistowski (63. Mirko Iwanowski), Filip Burkardt (46. Tadas Labukas), Denis Glavina, Joseph Mawaye (84. Wojciech Wilczyński).

Żółta kartka - KGHM Zagłębie Lubin: Łukasz Hanzel, Csaba Horvath, Grzegorz Bartczak, Mateusz Bartczak, Bojan Isailović, Martins Ekwueme. Arka Gdynia: Marcin Budziński, Maciej Szmatiuk.

Sędzia: Radosław Trochimiuk (Ciechanów). Widzów 8000.


Trener Tomasz Kafarski odrobił pracę domową przed meczem ze Śląskiem perfekcyjnie. Optymalna taktyka przygotowana na drużynę z Wrocławia, polegająca na wyeliminowaniu z gry obu skrzydłowych ekipy Tarasiewicza, przyniosła efekty - Lechia zdominowała Śląsk, strzeliła rywalowi dwa gole, przy czym pozwoliła mu na oddanie zaledwie dwóch celnych strzałów.

W pierwszej połowie piłkarze dostosowali się do piknikowej atmosfery na trybunach i zaprezentowali bardzo kiepską dyspozycję. Pierwszy celny strzał zastał oddany dopiero w 25. minucie - dokonał tego argentyński napastnik gości Cristian Diaz, ale z jego słabym uderzeniem Paweł Kapsa nie miał żadnych problemów. Drugi strzał w światło bramki zakończył się zdobyciem gola - w 40. minucie Mariusz Pawelec za krótko wybił piłkę i Piotr Wiśniewski natychmiastowym uderzeniem z 18 metrów zaskoczył Mariana Kelemena.

Druga połowa stała, ale tylko w wykonaniu piłkarzy Lechii, na zdecydowanie wyższym poziomie. Zwłaszcza pierwsze minuty po przerwie należały do gospodarzy, którzy zapchnęli wrocławian do defensywy. Pierwszy przed szansą podwyższenia wyniku stanął Marko Bajić, później groźnie uderzał Łukasz Surma, a w następnej akcji Marian Kelemen uprzedził Pawła Nowaka. W kolejnych dwóch sytuacjach, przy główkach Pawła Buzały, bramkarzowi Śląska dopisało sporo szczęścia, jednak trzecia próba w wykonaniu gdańskiego napastnika okazała się już udana.

W 62. minucie po centrze z lewej strony Traore Amir Spahić głową przedłużył lot piłki, a Buzała przepięknym uderzeniem z woleja po raz drugi pokonał Kelemana. Po strzeleniu bramki ataki Lechii nie ustały. Trzy minuty później Nowak posłał piłkę nad poprzeczką, a za chwilę po rajdzie prawą stroną Wiśniewskiego uderzenie Nowaka zablokowali obrońcy gości.

Zwycięstwo gospodarzy było całkowicie zasłużone. Zawodnicy Śląska w całym meczu tylko dwa razy zagrozili bramce Kapsy. W 19. minucie po świetnym podaniu Sebastiana Mili Krzysztof Bąk zablokował wślizgiem Cristiana Diaza, a tuż przed końcem spotkania dogodnej okazji nie wykorzystał Vuk Sotirović.

Lechia Gdańsk - Śląsk Wrocław 2-0 (1-0)

Bramki: 1-0 Piotr Wiśniewski (40.), 2-0 Paweł Buzała (62.).

Lechia Gdańsk: Paweł Kapsa - Deleu, Krzysztof Bąk, Hubert Wołąkiewicz, Vytautas Andriuskevicius - Łukasz Surma, Marko Bajić (83. Marcin Pietrowski), Paweł Nowak - Piotr Wiśniewski (73. Ivans Lukjanovs), Paweł Buzała (88. Tomasz Dawidowski), Abdou Traore.

Śląsk Wrocław: Marian Kelemen - Piotr Celeban, Amir Spahić, Jarosław Fojut, Mariusz Pawelec - Waldemar Sobota, Przemysław Kaźmierczak, Sebastian Mila, Piotr Ćwielong (60. Marek Gancarczyk) - Vuk Sotirović, Cristian Omar Diaz (70. Łukasz Madej).

Sędzia: Marcin Szulc (Warszawa). Widzów 4500. Żółta kartka - Lechia Gdańsk: Abdou Traore. Śląsk Wrocław: Amir Spahić.

sobota, 28 sierpnia 2010

Polskie siatkarki pokonały Japonię 3:1 w meczu turnieju finałowego World Grand Prix, który rozgrywany jest w chińskim Ningbo.


Było to pierwsze zwycięstwo "Biało-czerwonych" w Ningbo. Wcześniej podopieczne Jerzego Matlaka przegrały z USA 2:3, Brazylią 1:3 i Chinami 0:3.

Polki na szczęście szybko zapomniały o piątkowym fatalnym spotkaniu przeciwko gospodyniom turnieju. Przeciwko Japonii zagrały zupełnie odmienione, konsekwentnie i w pełni zasłużenie wygrały 3:1.

Dla brązowych medalistek mistrzostw Europy było to ważne spotkanie w kontekście zbliżających się mistrzostw świata. Japonki, gospodarz championatu, będą pierwszym rywalem w fazie grupowej mistrzostw. W cyklu World Grand Prix Polki przegrały w Okayamie z Japonią 1:3, ale trener Jerzy Matlak twierdził wówczas, że Azjatki są w zasięgu jego podopiecznych.

Jego słowa potwierdziły się w sobotnim spotkaniu. Pierwszy set "Biało-czerwone" zagrały niemal bezbłędnie, a precyzyjna zagrywka siała popłoch w szeregach rywalek. Na pierwszą przerwę techniczną Polki schodziły z sześciopunktową przewagą (8:2). Po kilku kolejnych akcjach polski zespół prowadził już 16:6. Umiejętnie grą kierowała Milena Sadurek, która w ataku mogła liczyć na wszystkie swoje koleżanki.

W drugim secie Japonki zdecydowanie wyżej postawiły poprzeczkę, od początku wygrywały różnicą kilku punktów, ale Polki nie odpuszczały. Kilka udanych akcji Karoliny Kosek sprawiły, że przewaga Azjatek zmalała do jednego punktu (20:19), ale w końcówce polskim zawodniczkom przytrafiło się kilka błędów.

Kolejne odsłony były niezwykle zacięte. W trzeciej partii "Biało-czerwone" wygrywały już 20:17, gdy Berenika Okuniewska z przechodzącej piłki na czystej siatce uderzyła w aut. Ten błąd mógł sporo kosztować polski zespół, który po kilku kolejnych akcjach przegrywał już 20:21. Przy stanie 23:23 Polki dwukrotnie zablokowały ataki skrzydłowych Japonii.

Japonki, które w turnieju finałowym ograły już Brazylijki i Włoszki (po 3:2), nie rezygnowały z walki i w pewnym momencie wydawało się, że mogą doprowadzić do tie-breaka. Agnieszka Bednarek-Kasza asem serwisowym doprowadziła do remisu (18:18), a po chwili jej wyczyn skopiowała Katarzyna Skowrońska-Dolata. W decydujących momentach w ataku nie pomyliły się Anna Barańska oraz Kosek i Polki po trzech porażkach z rzędu, mogły cieszyć się z pierwszej wygranej w turnieju finałowym.

W meczu z Japonią najwięcej punktów dla naszego zespołu zdobyła Joanna Kaczor - 19. Bardzo dobre zawody rozegrały także Karolina Kosek (18 pkt) i Anna Barańska (17 pkt). Ostatnia z wymienionych była niemal bezbłędna w ataku.

Polki trudną zagrywką wybiły największy atut rywalko czyli szybką, kombinacyjną grę na siatce. "Biało-czerwonym" należą się także słowa pochwały za ofiarną postawę w obronie.

Inne sobotnie spotkania nie przyniosły większych emocji. Amerykanki zanotowały czwartą wygraną i są już blisko trzeciego w historii triumfu w World Grand Prix. Niezwykle jednostronny przebieg miało spotkanie Brazylii i Włoch. Mistrzynie olimpijskie ograły mistrzynie Europy 3:0 w niespełna godzinę.

W niedzielę nasze siatkarki rozegrają swój ostatni mecz w Ningbo. Po drugiej stronie siatki staną mistrzynie Europy Włoszki (początek o godz. 9.30).

Polska - Japonia 3:1 (25:15, 21:25, 25:23, 25:22)

Polska: Milena Sadurek, Katarzyna Gajgał, Agnieszka Bednarek-Kasza, Anna Barańska, Karolina Kosek, Joanna Kaczor, Mariola Zenik (libero) oraz Joanna Staniucha-Szczurek, Berenika Okuniewska, Katarzyna Skowrońska-Dolata.

Japonia: Yoshie Takeshita, Yamamoto Ai, Kaori Inoue, Saori Kimura, Yukiko Ebata, Mai Yamaguchi, Yuko Sano (libero) oraz Erika Araki, Akiko Ino, Mizuho Ishida, Saori Sakoda.

Brazylia - Włochy 3:0 (25:18, 25:13, 25:16)

Chiny - USA 0:3 (21:25, 25:27, 22:25)

Tabela

             M Z P  sety  pkt
1. USA 4 4 0 12:4 10
2. Brazylia 4 2 2 10:7 8
3. Chiny 4 2 2 6:7 6
4. Japonia 4 2 2 8:10 4
5. Polska 4 1 3 6:10 4
6. Włochy 4 1 3 5:9 4

Wszystko wskazuje na to, że w piłkarskiej lidze hiszpańskiej ton rozgrywkom będą znowu nadawały te same dwa wielkie kluby. FC Barcelona i Real Madryt są jeszcze silniejsze niż w ubiegłym sezonie.

W poprzedniej edycji rozgrywek ligowych przepaść między Barceloną i Realem z jednej strony, a resztą klubów z drugiej, była aż nadto widoczna. Na koniec rywalizacji zajmujących drugie miejsce "Królewskich" i trzecie Valencię dzieliło aż 25 punktów.

Na koniec sezonu 2010/2011 ta przewaga może być jeszcze większa. "Duma Katalonii" i Real Madryt tradycyjnie były bardzo aktywne na rynku transferowym. Co więcej, mistrzowie Hiszpanii wzmocnili się właśnie kosztem "Nietoperzy". Za 40 mln euro na Camp Nou trafił David Villa.

Valencię opuścili jeszcze David Silva (Manchester City) i Carlos Marchena (Villarreal).

Natomiast klub z Santiago Bernabeu wzmocnił przede wszystkim Jose Mourinho. Portugalski szkoleniowiec ma przywrócić Realowi dawny blask. Aby tego dokonać ściągnął do klubu m.in Argentyńczyka Angela di Marię oraz Niemców - Samiego Khedirę i Mesuta Oezila.

"The Special One" na temat nowego sezonu wypowiada się jednak wyjątkowo powściągliwie.

"Pojawił się nowy trener, pozyskaliśmy sześciu piłkarzy, ale nie mieliśmy dużo czasu na wspólną pracę. Najważniejsze jest jednak to, że wyglądamy solidnie i wciąż robimy postępy" - ocenił Mourinho.

Jedynym Polakiem w kadrze zespołu Primera Division jest rezerwowy bramkarz Realu Madryt - Jerzy Dudek.

Program meczów 1. kolejki ekstraklasy Hiszpanii:

sobota, 28 sierpnia

Hercules Alicante - Athletic Bilbao 18.00

Malaga - Valencia 20.00

Levante - Sevilla 22.00

niedziela, 29 sierpnia

Deportivo La Coruna - Real Saragossa 17.00

Espanyol Barcelona - Getafe 17.00

Osasuna Pampeluna - Almeria 17.00

Real Sociedad - Villarreal 17.00

Racing Santander - FC Barcelona 19.00

Real Mallorca - Real Madryt 22.00

poniedziałek, 30 sierpnia

Atletico Madryt - Sporting Gijon 22.00


Broniący mistrzostwa Włoch piłkarze Interu Mediolan są faworytami rozpoczynającego się w sobotę sezonu Serie A. Wprawdzie najlepszy zespół minionych rozgrywek stracił trenera Jose Mourinho (wybrał Real Madryt), ale utrzymał w większości dotychczasowy skład.

Jedynym poważnym ubytkiem w kadrze Interu, w którym nowym szkoleniowcem został Rafael Benitez, jest odejście do Manchesteru City Mario Balotelliego. Z drugiej strony napastnik reprezentacji Włoch (jego rodzina pochodzi z Ghany) był pokłócony z kibicami i częścią drużyny, przez co w końcówce sezonu rzadko dostawał szansę gry w pierwszym składzie.

O mistrzostwie kraju myślą również piłkarze Romy, którzy mimo porażki z Interem w niedawnym meczu o Superpuchar Włoch (1-3) pokazali się z dobrej strony.

"Inter jest faworytem rozgrywek, ale my znajdujemy się tuż za nim. Mamy ambitne cele" - podkreślił słynny napastnik Romy Francesco Totti.

Po fatalnym poprzednim sezonie (zaledwie siódme miejsce) ogromne zakupy poczynił Juventus Turyn. Wydał ponad 50 mln euro - najwięcej spośród włoskich klubów - na ośmiu nowych zawodników.

Działacze "Starej Damy" sprowadzili m.in. Serba Milosa Krasica z CSKA Moskwa za 15 mln euro oraz skrzydłowego reprezentacji Włoch Simone Pepe z Udinese. Ten drugi został wypożyczony na rok za 2,6 mln euro. Jeśli Juventus zdecyduje się na transfer definitywny, dopłaci 7,5 mln euro.

AC Milan, prowadzony przez nowego trenera Massimiliano Allegriego, sięgnął m.in. po bramkarza Marco Amelię, obrońcę Mario Yepesa i pomocnika Kevina-Prince'a Boatenga.

Powiększyła się kolonia polskich piłkarzy we Włoszech. Nowym bramkarzem Fiorentiny został Artur Boruc (do tej pory występował w Celtiku Glasgow). W zespole z Florencji jego konkurentem do miejsca w składzie będzie jednak bardzo solidny Francuz Sebastien Frey.

Innym polskim akcentem w nowym sezonie jest obrońca reprezentacji narodowej Kamil Glik, który w czasie letniej przerwy przeszedł z Piasta Gliwice do Palermo.

Program 1. kolejki ekstraklasy piłkarskiej Włoch:

sobota, 28 sierpnia

Udinese - Genoa (godz. 18.00)

AS Roma - Cesena (20.45)

niedziela, 29 sierpnia

Bari - Juventus (18.00)

AC Milan - Lecce (20.45)

Chievo Werona - Catania (20.45)

Fiorentina - Napoli (20.45)

Palermo - Cagliari (20.45)

Parma - Brescia (20.45)

Sampdoria - Lazio (20.45)

poniedziałek, 30 sierpnia

Bologna - Inter Mediolan

Triumfatorzy Ligi Mistrzów, piłkarze Interu Mediolan przegrali w Monaco ze zwycięzcą Ligi Europejskiej Atletico Madryt 0-2 (0-0) w meczu o Superpuchar UEFA.


Pierwsze minuty pojedynku na stadionie Louisa II w Monaco należały do Interu. Piłkę w bramce Atletico próbowali umieścić Wesley Sneijder, Diego Milito i Esteban Cambiasso. W każdym przypadku zabrakło precyzji. Podopieczni Quique Sancheza Floresa próbowali się "odgryzać", ale obrona ekipyz Mediolanu spisywała się bez zarzutu.

W 32. minucie na indywidualną akcją zdecydował się Samuel Eto'o. Kameruńczyk poradził sobie z Luisem Pereą i hukną po ziemi z 17 metrów. Piłka przeleciała tuż obok słupka. W odpowiedzi podobnym uderzeniem popisał się Sergio Aguero. Napastnik Atletico pomylił się naprawdę niewiele. Argentyńczyk miał jeszcze jedną okazję do zdobycia gola, kiedy szybko rozegrał piłkę z Diego Forlanem. Aguero jednak w dogodnej sytuacji przestrzelił. Tuż przed końcem pierwszej połowy swoich sił spróbował jeszcze Jose Antonio Reyes, ale bez powodzenia.

Na początku drugiej połowy błąd popełnił Perea. Prezentu nie wykorzystał Milito. Później coraz groźniejsze akcje konstruowali piłkarze z Madrytu i w 63. minucie dopięli swego. Reyes wykorzystał niezdecydowanie obrońców Interu i mocnym strzałem z lewej strony pola karnego zmusił do kapitulacji Cesara.

Inter atakował, ale widać było, że gracze Beniteza nie mają pomysłu na sforsowanie defensywy Atletico. W 83. minucie Hiszpanie przeprowadzili składną akcję, która przyniosła im drugiego gola. Simao oszukał na lewym skrzydle Lucio i posła piłkę w pole karne. Futbolówki nie sięgnął Lucio, a stojący na 5 metrze Aguero trafił do pustej bramki.

W 90. minucie sędzia Massimo Busacca podyktował rzut karny dla Interu za faul Raula Garcii na Goranie Pandewie. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł Milito. Bramkarz Atletico David De Gea wyczuł intencje Argentyńczyka i w świetnym stylu obronił jego strzał. Chwilę później arbiter zakończył mecz i szał radości ogarnął piłkarzy Atletico.

Po tym meczu obydwa zespoły rozpoczną rozgrywki ligowe. W poniedziałek Atletico podejmie Sporting Gijon na koniec pierwszej kolejki Primera Division, a Inter tego samego dnia zmierzy się na wyjeździe z Bologną.

Inter Mediolan - Atletico Madryt 0-2 (0-0)

Bramki: 0-1 Reyes (63), 0-2 Aguero (83)

Sędzia: Massimo Busacca (Szwajcaria). Widzów: 16 tys.

Inter: Cesar - Maicon, Samuel, Lucio, Chivu - Stanković (69 - Pandev), Zanetti, Cambiasso - Sneijder (79 - Coutinho), Milito, Eto'o

Trener: Rafael Benitez

Atletico: De Gea - Ujfalusi, Perea, Godin, Alvaro Dominguez - Simao (90 - Camacho), Assuncao, Raul Garcia, Reyes (70 - Merida) - Forlan (83 - Jurado), Aguero

Trener: Quique Sanchez Flores

Po czterech meczach Cracovia wciąż bez punktów. Czerwona latarnia Ekstraklasy potwierdziła "formę" i przegrała kolejny mecz, tym razem w Kielcach z Koroną 0-1.


Jedyna bramka padła już w piątej minucie, gdy Niedzielan po świetnym prostopadłym podaniu Ediego Andradiny minął bezradnego bramkarza Cracovii Łukasza Merdę i kopnął piłkę do siatki.

Gospodarze mieli zdecydowaną przewagę. Stworzyli kilka doskonałych sytuacji, groźnie strzelali Edi Andradina, Pavol Stano i Niedzielan. Najlepszą okazję do podwyższenia wyniku zmarnował w ostatniej minucie przed przerwą Stano, który trafił w słupek.

W drugiej połowie piłkarze Korony mieli pretensje do sędziego za to, że nie dopatrzył się zagrania ręką obrońcy krakowskiego zespołu i nie podyktował karnego. Protestował Paweł Sobolewski, dyskutował Aleksander Vuković i obaj zobaczyli żółte kartki.

Kielczanie sprawiali wrażenie, jakby wynik ich zadowalał. W 82. minucie doskonałej sytuacji w polu karnym nie wykorzystali Niedzielan z Andradiną.

Kielczanie w drugiej połowie ani raz nie strzelili na bramkę Cracovii. Pod koniec meczu słychać było na trybunach gwizdy.

W drugiej połowie aktywniejsi byli krakowianie, mieli nawet okazję do wyrównania. W doliczonym czasie Marcin Krzywicki z kilku metrów nie trafił do siatki.

Mecz oglądał selekcjoner reprezentacji Polski Franciszek Smuda.

Korona Kielce - Cracovia 1-0 (1-0)

1-0 Niedzielan (4.)

Korona: Zbigniew Małkowski - Kamil Kuzera, Hernani, Pavol Stano, Nikola Mijailović (75. Jacek Markiewicz) - Łukasz Maliszewski (67. Maciej Korzym), Aleksandar Vuković, Vlastimir Jovanović, Paweł Sobolewski - Andrzej Niedzielan (89. Maciej Tataj), Andradina.

Cracovia: Łukasz Merda - Krzysztof Janus, Marian Jarabica, Piotr Polczak, Hesdey Suart - Mariusz Sacha, Sławomir Szeliga, Arkadiusz Radomski, Dariusz Pawlusiński - Bartosz Ślusarski (69. Marcin Krzywicki), Bartłomiej Dudzic (69. Radosław Matusiak).

Sędzia: Włodzimierz Bartos (Łódź). Żółta kartka - Korona Kielce: Łukasz Maliszewski, Paweł Sobolewski, Aleksandar Vuković. Cracovia Kraków: Hesdey Suart, Piotr Polczak, Arkadiusz Radomski, Marian Jarabica. Widzów: 8841.


Piłkarze stołecznej Legii przegrali na własnym boisku z GKS Bełchatów 0:2 po bramkach Marcina Żewłakowa. Tym samym podopieczni Macieja Skorży ponieśli drugą porażkę w tym sezonie, a szkoleniowiec zespołu ma poważne zmartwienie. Legia wyraźnie zawodzi.


Zespół z Bełchatowa pokazał natomiast, że mimo poważnych osłabień, do jakich doszło przed sezonem, podopieczni Macieja Bartoszka są w stanie rywalizować o czołowe miejsca w ekstraklasie.

Przed spotkaniem trener Wojskowych Maciej Skorża podkreślał, że najbardziej obawia się trójki ofensywnych piłkarzy: Macieja Małkowskiego, Tomasza Wróbla i Marcina Żewłakowa. Wiedział co mówi, bo ten drugi zaliczył dwie asysty, a Żewłakow, który kilkukrotnie był przymierzany do Legii, strzelił dwa gole.

W 11. minucie goście wyprowadzili szybki kontratak, a obrońcy stołecznego zespołu nie upilnowali właśnie Żewłakowa. W 26. minucie przed doskonałą okazją na podwyższenie wyniku znalazł się trzeci z piłkarzy, których obawiał się Skorża. Małkowski wyprzedził Choto, minął Marijana Antolovicia, ale z ostrego kąta nie trafił do pustej bramki.

Chwilę później po raz pierwszy na nowym stadionie Legii słyszeć można było gwizdy kibiców stołecznej drużyny. Skorża po niespełna pół godzinie gry przeprowadził pierwszą zmianę i wprowadził na boisko drugiego napastnika - Bruno Mezengę za Ariela Borysiuka.

Na niewiele się to zdało, bo pięć minut przed przerwą Wróbel zaliczył drugą asystę, a do siatki trafił ponownie Żewłakow. Ten pierwszy zresztą bez większych problemów przedzierał się prawą stroną boiska, przy biernej postawie Marcina Komorowskiego.

Po przerwie gospodarze rzucili się do odrabiania strat, ale pod bramką Łukasza Sapeli razili nieskutecznością.

Legia Warszawa - PGE GKS Bełchatów 0-2 (0-2)

0-1 Żewłakow (12.), 0-2 Żewłakow (40.)

Legia: Marijan Antolović - Srda Knezević, Jakub Wawrzyniak, Dickson Choto, Marcin Komorowski - Manu, Ivica Vrdoljak, Ariel Borysiuk (29. Bruno Mezenga), Maciej Iwański, Maciej Rybus (46. Alejandro Ariel Cabral) - Takesure Chinyama (62. Michał Kucharczyk).

PGE GKS : Łukasz Sapela - Zlatko Tanevski, Mate Lacić, Marcin Drzymont, Jacek Popek - Tomasz Wróbel, Janusz Gol, Grzegorz Baran, Kamil Poźniak (88. Łukasz Bocian), Maciej Małkowski (90. Bartłomiej Bartosiak) - Marcin Żewłakow (70. Grzegorz Kuświk).

Sędzia: Sebastian Jarzębak (Bytom). Żółta kartka - Legia Warszawa: Ivica Vrdoljak. PGE GKS Bełchatów: Grzegorz Baran, Mate Lacić. Widzów 16˙500.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7