poniedziałek, 30 maja 2011

GRUPA A:

 

Polska USA 3:0 25:20, 25:22, 25:19
Portoryko Brazylia 0:3 15:25, 19:25, 16:25
Polska USA 0:3 22:25, 19:25, 35:37
Portoryko Brazylia 0:3 19:25, 29:31, 23:25
Tabela:
miejscedrużynameczepunktysetymałe pkt.
 
1 Brazylia 2 6 6:0 156:121
2 Polska 2 3 3:3 151:148
3 USA 2 3 3:3 148:151
4 Portoryko 2 0 0:6 121:156



GRUPA B:

Rosja Japonia 3:0 25:22, 25:20, 25:18
Bułgaria Niemcy 2:3 25:21, 18:25, 21:25, 25:15, 10:15
Rosja Japonia 3:1 22:25, 25:19, 25:12, 25:12
Bułgaria Niemcy 3:2 25:21, 23:25, 25:22, 20:25, 15:9
Tabela:
miejscedrużynameczepunktysetymałe pkt.
 
1 Rosja 2 6 6:1 172:128
2 Bułgaria 2 3 5:5 207:203
3 Niemcy 2 3 5:5 203:207
4 Japonia 2 0 1:6 128:172



GRUPA C:

Argentyna Serbia 0:3 14:25, 21:25, 22:25
Portugalia Finlandia 3:2 23:25, 27:25, 25:21, 24:26, 15:13
Argentyna Serbia 3:0 25:21, 26:24, 25:20
Portugalia Finlandia 3:1 25:18, 23:25, 25:21, 25:23
Tabela:
miejscedrużynameczepunktysetymałe pkt.
 
1 Portugalia 2 5 6:3 212:197
2 Serbia 2 3 3:3 140:133
3 Argentyna 2 3 3:3 133:140
4 Finlandia 2 1 3:6 197:212



GRUPA D:

Francja Włochy 0:3 14:25, 20:25, 12:25
Korea Płd. Kuba 3:0 25:20, 29:27, 25:18
Francja Włochy 0:3 15:25, 23:25, 25:27
Korea Płd. Kuba 1:3 25:21, 23:25, 18:25, 18:25
Tabela:
miejscedrużynameczepunktysetymałe pkt.
 
1 Włochy 2 6 6:0 152:109
2 Korea Południowa 2 3 4:3 163:161
3 Kuba 2 3 3:4 161:163
4 Francja 2 0 0:6 109:152



niedziela, 29 maja 2011

FC Barcelona pokonała na Wembley Manchester United 3-1 i zdobyła czwarty w swojej historii Puchar Mistrzów!



Spotkanie Manchesteru United z Barceloną na Wembley miało być starciem zespołu najdoskonalszych futbolowych rzemieślników z ekipą złożoną z największych piłkarskich indywidualności. Koszulki Barcy zakłada przecież trzech najlepszych według FIFA piłkarzy świata - Leo Messi, Xavi i Andres Iniesta - każdy mały wzrostem, ale piłkarskim geniuszem przerastający większość rywali o głowę.

Z kolei symbolami Manchesteru stali się na przestrzeni lat Wayne Rooney - boiskowy rozrabiaka, który jednak za "Czerwonego Diabła" na koszulce dałby się pokroić - i Ryan Giggs najbardziej lojalny żołnierz Sir Alexa Fergusona, pod którego dowództwem toczył sobotniej nocy już czwartą wojnę o Puchar Mistrzów.

Tym razem wielkim atutem Manchesteru był fakt, że lepiej niż rywale znał pole decydującej o zdobyciu trofeum bitwy. Już na długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego na Wembley rozbrzmiewały śpiewy kibiców Manchesteru, którzy zagrzewali swój zespół do boju.

Szalone tempo "Diabłów"

Niesieni dopingiem fanów zawodnicy Fergusona od pierwszych minut rzucili się na piłkarzy Barcelony. Narzucili rywalom szaleńcze tempo i już po dziesięciu minutach mogli prowadzić. Szarżę Wayne'a Rooneya powstrzymał jednak doskonałym wyjściem z bramki Victor Valdes. Wcześniej defensywę zespołu Pepa Guardioli próbował rozedrzeć Javier Hernandez, ale Meksykanin raz po raz był łapany w pułapki ofsajdowe.

Po kwadransie właściwy rytm zaczęła odzyskiwać Barcelona. Z każdą sekundą przesuwała się coraz bliżej bramki Manchesteru, aż w 16. minucie mogła zadać "Diabłom" cios. Dani Alves wstrzelił piłkę w pole karne, ale dogodnej sytuacji nie potrafił wykorzystać Pedro. Potem sygnały ostrzegawcze dawał rywalom David Villa, który dwukrotnie groźnie strzelał z dystansu, a raz po jego strzale Edwin van der Sar obronił z najwyższym trudem.

Po niespełna pół godzinie gry Barcelona pokazała to, z czego jest najbardziej znana. Po serii podań w środku pola Xavi zagrał do nieobstawionego przed polem karnym Pedro, a ten nie dał szans na skuteczną interwencję bramkarzowi Manchesteru.

Wydawało się, że kolejne gole dla Barcy są kwestią czasu, ale podopieczni Sir Aleksa Fergusona nie zamierzali odpuszczać. W 34. minucie przeprowadzili błyskawiczny kontratak, który zakończył mierzonym strzałem Rooney. Po chwili sektory fanów Manchesteru eksplodowały radością. Do przerwy wynik nie uległ już zmianie.

Triumf wielkiej Barcelony

Drugą połowę rozpoczęły ataki Barcelony. Fani zgromadzeni na trybunach New Wembley wstrzymali oddech w 53. minucie. Właśnie wtedy Dani Alves wpadł w pole karne z prawej strony i strzelił na bramkę, ale piłka wylądowała w rękach van der Sara.

Chwilę później Holender był już jednak bezradny. Jego koledzy z linii obrony zostawili trochę miejsca przed bramką i natychmiast wykorzystał to Messi. Argentyńczyk w swoim stylu uderzył lewą nogą w długi róg bramki i "Duma Katalonii" znowu prowadziła!

Manchester nie sprawiał wrażenia zespołu, który wierzy w to, że może doprowadzić do wyrównania. A jeśli nawet, to strzępy nadziei odebrał mu strzał Davida Villi z 70. minuty. Skrzydłowy Barcelony dostał znakomite podanie od Sergio Busquetsa i mierzonym strzałem pokonał van der Sara po raz trzeci.

Po zdobyciu trzeciego gola drużyna Guardioli mądrze rozgrywała piłkę, a Manchester już do końca nie zdołał poważnie jej zagrozić. Piłkarze Fergusona najgroźniej nacierali w 80. minucie, kiedy w pole karne Barcy wpadł Giggs i zmusił do zagrania ręką Daniego Alvesa. Walijczyk domagał się po chwili rzutu karnego, ale arbiter zignorował jego protesty.

Po dokładnie 93 minutach gry węgierski sędzia Viktor Kassai odgwizdał koniec meczu. Puchar Mistrzów w 2011 roku pojedzie do Barcelony! Dla Katalończyków to już czwarty taki sukces w historii. Ostatnio "Blaugrana" triumfowała w sezonie 2008/2009, kiedy w decydującym starciu pokonała w Rzymie na Stadio Olimpico... Manchester United.



FC Barcelona - Manchester United 3-1 (1-1)

Bramki:

1-0 Pedro (28.)

1-1 Wayne Rooney (34.)

2-1 Leo Messi (54.)

3-1 David Villa (70.)

Barcelona: Victor Valdes - Dani Alves (88. Carles Puyol), Gerard Pique, Javier Mascherano, Eric Abidal - Xavi, Sergio Busquets, Andres Iniesta - David Villa (86. Seydou Keita), Leo Messi, Pedro Rodriguez (93. Ibrahim Afellay).

Manchester Utd: Edwin van der Sar - Fabio da Silva (69. Nani), Rio Ferdinand, Nemanja Vidić, Patrice Evra - Antonio Valencia, Michael Carrick (77. Paul Scholes), Ryan Giggs, Park Ji-Sung - Wayne Rooney, Javier Hernandez.

Żółte kartki: Victor Valdes, Dani Alves oraz Michael Carrick, Antonio Valencia

Widzów: 87 000

Sędzia: Viktor Kassai (Węgry)





Jarosław Hampel był drugi, a Tomasz Gollob trzeci podczas Grand Prix Czech na praskiej "Markecie". Trzecią eliminację indywidualnych mistrzostw świata w jeździe na żużlu wygrał Amerykanin Greg Hancock.

Dzięki zwycięstwu Hancock został liderem klasyfikacji mistrzostw świata. Drugi Gollob traci do niego sześć punktów.

41-letni Amerykanin był najlepszy także w rundzie kwalifikacyjnej (14 punktów), tylko punkt mniej zdobył Jarosław Hampel. Po trzech seriach z kompletem punktów prowadził Tomasz Gollob, jednak w czwartym swoim biegu przegrał z Hampelem, a w piątym wyprzedzili go Hancock i Jonsson. W efekcie polski mistrz świata w 1. fazie zawodów zdobył 12 punktów.

Dwa ostatnie swoje starty w rundzie zasadniczej wygrał trzeci nasz reprezentant Rune Holta, ale w trzech pierwszych wyścigach przywiózł zaledwie punkt i nie udało mu się przebić do półfinału.

Przełomu w cyklu Grand Prix nie doczekał się czwarty Polak w sobotnich zawodach - Janusz Kołodziej, który nie może odnaleźć formy z poprzedniego sezonu. Tym razem żużlowiec Unii Leszno zdobył tylko jeden punkt.

Słabo spisał się Emil Sajfutdinow. W dwóch pierwszych biegach zdobył w sumie tylko trzy punkty, a w mocno obsadzonym 11. wyścigu wieczoru (z udziałem Golloba, Pedersena i Holty) wywrócił się nieatakowany przez nikogo i sędzia wykluczył go z powtórki. Młody Rosjanin wściekły wracał do swojego boksu, ale nie zmobilizowało go to do skuteczniejszej walki w następnym biegu. Przyjechał ostatni i stracił szanse na awans do półfinału. Na nic zdało się zwycięstwo w 20. biegu.

W pierwszym półfinale najlepiej wystartował Hancock i szybko odjechał rywalom na bezpieczny dystans. Trzeci Pedersen mocno atakował Crumpa, ale nie udało mu się przedrzeć się na drugą pozycję premiowaną awansem do finału. Zdecydowanie więcej emocji było w drugim półfinale. Rywalom uciekł Hampel, a Chris Holder musiał odpierać ataki Golloba, któremu nie udało się dobrze wystartować. Polak był coraz bliżej, ale to nie jego atak spowodował, że Australijczyk stracił panowanie nad motorem i wpadł na dmuchaną bandę. Sędzia wykluczył go z powtórki. W niej najlepiej spod taśmy wystrzelił Gollob, a tuż za nim jechał Hampel, któremu nie był w stanie zagrozić Fredrik Lindgren.

Na starcie wielkiego finału wszyscy zawodnicy twardo walczyli bark w bark. Najlepiej ruszyli ze skrajnych pól Hancock i Hampel, ale Gollob z Crumpem byli bardzo blisko i to na tyle, że składający się do pierwszego wirażu Polak lekko trącił tylnym kołem Australijczyka. Crump upadł, ale sędzia nakazał powtórkę w pełnej obsadzie. Świetnie wystartował Hancock, bardzo mocno aż do samej mety naciskał go Hampel, ale doświadczony Amerykanin nie dał się wyprzedzić. Gollob minął linię mety na trzeciej pozycji.

Finał

1. Hancock, 2. Hampel, 3. Gollob, 4. Crump

Pierwszy półfinał

1. Hancock, 2. Crump, 3. Pedersen, 4. Bjerre

Drugi półfinał

1. Gollob, 2. Hampel, 3. Lindgren, 4. Holder (w)

Końcowa klasyfikacja GP w Pradze:

1. Greg Hancock (USA) 23 (3,2,3,3,3,3,6)

2. Jarosław Hampel (Polska) 19 (2,3,3,3,2,2,4)

3. Tomasz Gollob (Polska) 17 (3,3,3,2,1,3,2)

4. Jason Crump (Australia) 13 (3,3,2,1,2,2,0)

5. Chris Holder (Australia) 9 (3,3,1,0,2,w)

6. Kenneth Bjerre (Dania) 9 (2,1,2,3,1,0)

7. Nicki Pedersen (Dania) 9 (2,1,2,0,3,1)

8. Fredrik Lindgren (Szwecja) 9 (1,2,2,2,1,1)

9. Andreas Jonsson (Szwecja) 8 (2,2,1,1,2)

10. Rune Holta (Polska) 7 (0,0,1,3,3)

11. Antonio Lindbaeck (Szwecja) 6 (1,1,1,2,1)

12. Emil Sajfutdinov (Rosja) 6 (1,2,w,0,3)

13. Chris Harris (Wielka Brytania) 3 (d,1,0,2,0)

14. Matej Kus (Czechy) 3 (0,0,3,0,0)

15. Artiom Łaguta (Rosja) 2 (1,0,0,1,0)

16. Janusz Kołodziej (Polska) 1 (0,0,0,1,0)

Rez. Lukas Dryml (Czechy) 0

Rez. Zdenek Simota (Czechy) 0

 

Klasyfikacja generalna MŚ:

1. Greg Hancock (USA) 47 pkt

2. Tomasz Gollob (Polska) 41 pkt

3. Jarosław Hampel (Polska) 36

4. Nicki Pedersen (Dania) 30

5. Chris Holder (Australia) 28

6. Emil Sajfutdinow (Rosja) 28

7. Fredrik Lindgren (Szwecja) 26

8. Jason Crump (Australia) 24

9. Kenneth Bjerre (Dania) 21

10. Andreas Jonsson (Szwecja) 19

11. Janusz Kołodziej (Polska) 18

12. Rune Holta (Polska) 17

13. Antonio Lindbaeck (Szwecja) 16

14. Chris Harris (Wielka Brytania) 14

15. Thomas H. Jonasson (Szwecja) 8

16. Damian Baliński (Polska) 4

17. Artiom Łaguta (Rosja) 3

18. Matej Kus (Czechy) 3

19. Simon Gustafsson (Szwecja) 1

Pozostałe turnieje GP:

11 czerwca - Kopenhaga (Dania)

25 czerwca - Cardiff (W. Brytania)

30 lipca - Terenzano (Włochy)

13 sierpnia - Malilla (Szwecja)

27 sierpnia - Toruń (Polska)

10 września - Vojens (Dania)

24 września - Gorican (Chorwacja)

8 października - Gorzów Wlkp. (Polska)



Reprezentacja Polski przegrała z USA 0:3 w Łodzi w swoim drugim meczu w grupie A Ligi Światowej.

 

Po piątkowym zwycięstwie 3:0 w naszym zespole słabiej wypadli liderzy Bartosz Kurek i Zbigniew Bartman, z kolei mistrzowie olimpijscy z Pekinu rozegrali zdecydowanie lepsze spotkanie niż wczoraj.

Zwłaszcza w pierwszych dwóch setach bardzo dobrze na siatce grał David Lee, sporo punktów dorzucał Matthew Anderson, więc William Priddy i Clayton Stanley mieli dziś o wiele większe wsparcie.

W pierwszym secie długo trwała wyrównana walka. Na drugą przerwę techniczną "Biało-czerwoni" schodzili prowadząc 16:14, a po chwili zdobyli kolejne dwa punkty i wydawało się, że są na prostej drodze do wygrania pierwszej partii. Niestety, przewaga naszych reprezentantów błyskawicznie topniała, a w końcówce Amerykanom wychodziło niemal wszystko i wygrali do 22.

W drugim secie także przytrafił się naszym zawodnikom przestój (od stanu 15:16) i mimo czasów branych przez trenera naszej kadry, Amerykanie pewnie zmierzali po zwycięstwo. Mieliśmy duże problemy z przyjęciem zagrywki. Drugiego seta zakończył Stanley, który popisał się asem serwisowym (piłka leciała z prędkością 119 km/h!).

W trzeciej partii nasz zespół zaczął grać dopiero od stanu 0:4. Amerykanie także popełniali błędy i po bloku Ruciaka na Priddy'm przegrywaliśmy już tylko 15:16. W końcówce na parkiecie szalał Bartman i to dzięki jego atakom mieliśmy kilka piłek setowych. Nie potrafiliśmy ich jednak wykorzystać. Porywająca walka punkt za punkt trwała bardzo długo, ale zwycięsko wyszli z niej Amerykanie, którzy wygrali tę partię 37:35.

Kolejnymi przeciwnikami podopiecznych Andrei Anastasiego będą broniący tytułu Brazylijczycy oraz Portorykańczycy.

Polska - USA 0:3 (22:25, 19:25, 35:37)

Polska: Michał Ruciak, Piotr Nowakowski, Łukasz Żygadło, Bartosz Kurek, Grzegorz Kosok, Zbigniew Bartman, Krzysztof Ignaczak (libero) oraz Marcin Możdżonek, Paweł Woicki, Michał Bąkiewicz, Jakub Jarosz.

USA: William Priddy, David Lee, Clayton Stanley, Matthew Anderson, Ryan Millar, Donald Suxho, Richard Lambourne (libero) oraz Paul Lotman, Gabriel Gardner.

Widzów ok. 9 500.



 

sobota, 28 maja 2011

Nowy trener, nowe nadzieje czyli polscy siatkarze rozpoczęli sezon reprezentacyjny. Pierwszą imprezą w kalendarzu jest Liga Światowa. Na początek "Biało-czerwoni" zmierzyli się w Atlas Arenie w Łodzi z USA i wygrali 3:0.

Oficjalny debiut Andrei Anastasiego przypadł na pojedynek z mistrzami olimpijskimi Amerykanami. Przeciwnik trudny, ale nie tak mocny jak w Pekinie, kiedy "Jankesi" zdobywali złoto. W obecnym składzie brak m.in. znakomitego rozgrywającego Lloya Balla. Do Łodzi przyjechali za to doskonale znani kibicom na całym świecie William Priddy i Clayton Stanley.

Na początku swojej pracy z polską kadrą Anastasi też napotkał na trudności. W Lidze Światowej włoski szkoleniowiec nie może z skorzystać z usług: Mariusza Wlazłego, Michała Winiarskiego, Pawła Zagumnego i Daniela Plińskiego, a więc etatowych reprezentantów z pierwszej szóstki.

Anastasi zebrał grupę zawodników młodych, a także obytych na arenie międzynarodowej. Z nimi przygotowywał się w Spale do "światówki". Mieszanka wybuchowa przygotowana przez Włocha ma odnieść długo oczekiwany sukces w Lidze Światowej, zwłaszcza że Polacy są gospodarzami turnieju finałowego (6-10 lipiec Gdańsk) i udział w nim mają zapewniony z urzędu. Dobry wynik po klęsce na ostatnich mistrzostwach świata jest "Biało-czerwonym" bardzo potrzebny.

Podstawowy skład desygnowany przez Anastasiego na bój z Amerykanami nie był zaskoczeniem poza jednym wyjątkiem. Włoch w wyjściowej szóstce postawił na debiutanta w kadrze A Grzegorza Kosoka. Oprócz niego w podstawowym składzie wybiegli: Łukasz Żygadło (wrócił do kadry po konflikcie z byłym selekcjonerem Danielem Castellanim), Bartosz Kurek, Michał Ruciak, Zbigniew Bartman, Piotr Nowakowski i Krzysztof Ignaczak.

Pierwszy set w wykonaniu "Biało-czerwonych" był popisowy. Tego chyba nikt się nie spodziewał, a na pewno nie Amerykanie. Mecz jeszcze się na dobre nie rozpoczął, a już Jankesi przegrywali 2:8. Rozpędzeni Polacy jedynie w nielicznych fragmentach pozwolili rywalom na wyrównaną walkę. Trudno było dostrzec mankamenty w grze naszych siatkarzy. Wszyscy zagrali na dobrym, wysokim poziomie, a bohaterem inauguracyjnej partii był bez wątpienia Kurek. Zawodnik PGE Skry Bełchatów zdobył w pierwszym secie aż 9 punktów. Polacy wygrali tę partię pewnie 25:20, a decydujący punkt atakiem z krótkiej zdobył Kosok.

W drugim secie Amerykanie zabrali się do pracy, a że Polacy nie zamierzali spuszczać z tonu, to byliśmy świadkami ciekawego widowiska. Początek tej odsłony dla Jankesów, którzy prowadzili 3:1, 6:3, 8:5. Prym w zespole prowadzonym przez Alana Knipe'a wiedli Stanley i Priddy. "Biało-czerwoni" musieli gonić wynik, ale mimo starań nie udawało się zmniejszyć przewagi rywali.

W naszej drużynie w dalszym ciągu świetnie spisywał się Kurek. Aplauz kibiców zgromadzonych w Atlas Arenie wzbudziła zwłaszcza jedna akcja, kiedy to Żygadło kompletnie zgubił blok Amerykanów, a Kurek wbił siatkarskiego "gwoździa" w boisko gości. To dodało Polakom animuszu. Po ładnej kontrze zakończonej skutecznym atakiem Ruciaka na tablicy wyników był remis 12:12. Na drugą przerwę techniczną to jednak Amerykanie schodzili z jednopunktowym prowadzeniem (16:15).

Kolejne fragmenty to zacięta walka o każdą piłkę. W decydujących fragmentach podopieczni Anastasiego zachowali zimną krew i wypunktowali przeciwnika. Znakomita postawa w obronie sprawiła, że nasi siatkarze mogli wyprowadzić zabójcze kontry, w których nie mylili się Kurek, Bartman i Ruciak. Polacy "odskoczyli" na 23:21, a kiedy Kosok zablokował Priddy'ego (24:21) stało się jasne, że druga partia padnie łupem "Biało-czerwonych". Żygadło wystawił na skrzydło do Bartmana, a ten bez trudu poradził sobie z pojedynczym blokiem.

Dłuższa, 10-minutowa przerwa między drugim, a trzecim setem nie wybiła polskich siatkarzy z rytmu. Wręcz przeciwnie. "Biało-czerwoni" ruszyli na rywala od początku i na efekty nie trzeba było długo czekać. Pierwsza przerwa techniczna odbyła się przy prowadzeniu Polaków 8:3. Trener Amerykanów zmienił rozgrywającego (Donalda Suxho zastąpił Brian Thornton), ale obraz gry nie uległ zmianie. Polacy dominowali i wszystko zmierzało ku wygranej w trzech setach.

Chwilę dekoncentracji gospodarzy wykorzystali Amerykanie i zniwelowali różnicę do tylko dwóch "oczek" (18:20). Anastasi poprosił o przerwę, a jego uwagi poskutkowały. Dwa punkty z rzędu zdobyli Polacy. Nasi siatkarze szansy nie zmarnowali. Pierwszą piłkę meczową nasz zespół miał po ataku z przechodzącej piłki Kurka. Trzeciego seta i cały mecz zakończył nieudanym atakiem Priddy.

Polska - USA 3:0 (25:20, 25:22, 25:19)

Polska: Nowakowski, Kosok, Kurek, Bartman, Ruciak, Żygadło, Ignaczak (L) oraz Możdżonek, Woicki

USA: Anderson, Lee, Suxho, Priddy, Millar, Stanley, Lambourne (L) oraz Lotman, Gardner, Thornton, Holmes.

Widzów ok. 8 000.



GRUPA A:

Portorykańczycy, mimo usilnych starań, nie sprostali Brazylijczykom, ulegając im wysoko w inauguracyjnym spotkaniu Ligi Światowej. Podopieczni Rezende prezentując grę do jakiej wszystkich przyzwyczaili, zanotowali pierwsze zwycięstwo na swym koncie.

Portoryko - Brazylia 0:3
(15:25, 19:25, 16:25)

Składy zespołów:
Portoryko: Rivera J. (9), Soto (11), Muniz (7), Rivera V. (10), Perez (1), Escalante (5), Berrios (libero)
Brazylia: Bruno (3), Vissotto (12), Lucas (7), Rodrigao (7), Giba (13), Bravo (10), Sergio (libero) oraz Marlon i Theo (1)



GRUPA B:

W pierwszym meczu grupy B reprezentacja Rosji bez straty seta pokonała w Ufie 3:0 Japonię. Najskuteczniejszym zawodnikiem w drużynie gospodarzy był Aleksiej Spiridonow, zdobywca 16 punktów.

Rosja - Japonia 3:0
(25:22, 25:20, 25:18)

Składy zespołów:
Rosja: Chtiej (9), Grankin (1), Muserskij (8), Spiridonow (16), Michajłow (9), Wołkow (10), Sokołow (libero) oraz Ilinych, Birjukow (5) i Butko
Japonia: Usami, Tomimatsu (11), Yamamura (3), Shimizu (12), Ishijima (6), Yoneyama (4), Tanabe (libero) oraz Abe, Yamamoto, Fukuzawa i Koshikawa (5)


GRUPA C:

Grupa C rozgrywki zaczyna dziś. Argentyna podejmuje Serbię, a Portugalia Finlandię.


GRUPA D:

Małą niespodzianką zakończył się mecz grupy D Ligi Światowej w koreańskim Suwon. Gospodarze pokonali bez większych problemów 3:0 reprezentację Kuby, osłabianą wprawdzie brakiem najlepszych zawodników. To i tak ogromny sukces Koreańczyków.

Korea Płd. - Kuba 3:0
(25:20, 29:27, 25:18)

Składy zespołów:
Korea Płd.: Han Sun-Soo, Jeon Kwang-In (20), Lee Sun-Kyu (2), Kim Jeong-Hwan (9), Choi Hong-Suk (15), Shin Yung-Suk (15), Yeo Oh-Hyun (libero) oraz Kwak Seung-Suk, Ha Hyun-Yong (2) i Lee Kang-Yoo
Kuba: Leon (5), Camejo (7), Bell (8), Albo (3), Diaz (2), Hernandez (14), Gutierrez (libero) oraz Perdomo (1), Cepeda (3) i Martinez (2)



Francja - Włochy 0:3
(14:25, 20:25, 12:25)

Składy zespołów:
Francja: Rouzier (11), Vadeleux (5), Samica (2), Sol (3), Lyneel (8), Pujol (1), Exiga (libero) oraz Kapfer, Toniutti, Moreau (1) i Tuia (5)
Włochy: Lasko (13), Zaytsev (8), Savani (10), Buti (7), Travica (3), Birarelli (12), Bari (libero) oraz Kovar, De Togni, Della Lunga i Sabbi



Siatkarki Banku BPS Muszynianki Fakro Muszyna zostały mistrzyniami Polski. W trzecim meczu wielkiego finału zespół prowadzony przez Bogdana Serwińskiego po raz trzeci pokonał Atom Trefl Sopot 3-1.

 

To czwarty tytuł mistrzowski w historii klubu z 5-tysięcznej Muszyny. W tym sezonie sięgnął po podwójną koronę, bo w kwietniu zdobył także Puchar Polski.

"Mineralne" wygrały dwa pierwsze mecze u siebie i tym razem także udanie rozpoczęły. Choć gospodynie szybko wyrównały (5:5), to od przerwy technicznej na parkiecie rządziły faworytki i pewnie wygrały do 13.

Po zaciętym początku drugiej partii Muszynianka odskoczyła na dystans pięciu punktów (10:5) i trener Alessandro Chiappini musiał poprosić o czas. Przy stanie 17:11 wziął drugi czas, ale długo zanosiło się na to, że jego zespół już nie zagrozi poważniej rywalkom. Siatkarki z Muszyny prowadziły 22:16, ale gdy ich przewaga stopniała do trzech "oczek" (23:20), trener Serwiński poprosił o czas. Gospodynie wygrały kolejną wymianę, ale końcówka należała już do przyjezdnych, a ostatnie słowo w drugim secie należało do Joanny Kaczor.

Atom Trefl poderwał się do walki w trzecim secie. Wyrównana walka trwała do pierwszej przerwy technicznej. Siatkarki z Sopotu wróciły na parkiet prowadząc 8:7 i już po chwili zrobiło się 15:7! Nie pomógł czas wzięty przez Serwińskiego. Przy stanie 17:8 z bardzo dobrej strony pokazała się Kinga Kasprzak. Po jej akcjach Muszynianka odrobiła część strat (18:11) i Chiappini nie czekał, tylko poprosił o przerwę. Jego zespół znów zaczął grać na miarę swoich możliwości, imponował w obronie i wyprowadzał skuteczne ataki. W efekcie gospodynie wygrały do 17.

Trzeci set zapowiadał emocje w kolejnym, tymczasem zespół z Sopotu błyskawicznie tracił kolejne punkty, a trenerowi Chiappiniemu nie udawało się poderwać swoich zawodniczek do walki (po raz pierwszy poprosił o czas przy stanie 2:7, a po raz drugi, gdy Muszynianka prowadziła już 11:4). Przy stanie 14:24 Nermian Ozsoy zaatakowała w aut i siatkarki z Muszyny rozpoczęły fetowanie odzyskanie utraconego przed rokiem tytułu mistrzyń Polski.

MVP meczu została Mariola Zenik.

Finał

Atom Trefl Sopot - Bank BPS Muszynianka Fakro Muszyna 1:3 (13:25, 22:25, 25:17, 14:25)

Atom Trefl Sopot: M. Śliwa, Konieczna, Świeniewicz, Maculewicz, Fernandez, Ozsoy, Maj (L) oraz Sieczka, Bełcik, Nuszel.

Bank BPS Muszynianka Fakro Muszyna: Wensink, Bednarek-Kasza, Kaczor, Sadurek, Jagieło, Stam-Pilon, Zenik (L) oraz Kaczorowska, Śrutowska, Kasprzak, Gajgał.

W rywalizacji do trzech zwycięstw Bank BPS Muszynianka Fakro wygrał 3-0.



piątek, 27 maja 2011

Jedna z najlepszych koszykarek w historii reprezentacji Polski Małgorzata Dydek nie żyje. Zmarła w szpitalu w Brisbane - poinformowała w piątek rano siostra koszykarki Katarzyna Dydek. Od tygodnia przebywała w śpiączce, była w czwartym miesiącu ciąży.



"Małgosia odeszła od nas o godz. 5.30 czasu australijskiego. Do końca była przy niej mama, siostra Marta i mąż David. Małgosia nie była w stanie samodzielnie oddychać - powiedziała jej siostra Katarzyna. "Bardzo proszę media o uszanowanie tej tragedii i o to, by nie naruszano naszej prywatności" - zaapelowała.

Rodzina nie podjęła jeszcze decyzji, gdzie zostanie pochowana. Prawdopodobnie będzie to w Brisbane.

Zespół Northside Wizards z Brisbane wydał oświadczenie na swojej stronie internetowej. "Margo, zostaniesz na zawsze w naszych sercach. Z najgłębszym smutkiem informujemy o śmierci Margo Dydek. Margo miała atak serca ponad tydzień temu i odeszła w piątek 27 maja, w spokoju i otoczona swoją rodziną. Byłaś kochaną częścią naszej wspólnoty i zawsze będzie Cię brakować. Łączymy się w żalu z twoją rodziną, mężem Davidem i wspaniałymi synkami" - napisano.

Dydek miała 37 lat; urodziny obchodziła 28 kwietnia. Mierząca 214 cm, uznawana była za najwyższą koszykarkę świata i jedną z najbardziej znanych na świecie; grała w najlepszych klubach w Europie oraz w amerykańskiej lidze WNBA.

Przez polskich kibiców nazywana "Ptysiem", wygrywała plebiscyty na najlepszą zawodniczkę Europy.

19 maja Dydek miała atak serca, straciła przytomność w swoim domu w Brisbane, gdzie po zakończeniu kariery sportowej mieszkała z mężem i dwójką dzieci. Pierwsza próba wybudzenia byłej złotej medalistki ME, podjęta kilkanaście godzin po wypadku, nie powiodła się. Koszykarka miała arytmię serca.

Dydek w Australii mieszkała od kilku lat. Osierociła dwóch synów. Była czołową zawodniczką reprezentacji Polski, która w 1999 roku w Katowicach zdobyła mistrzostwo Europy. Grała z sukcesami w zawodowej lidze amerykańskiej WNBA i w Europie, między innymi w Hiszpanii i Rosji. Karierę zakończyła w barwach Los Angeles Sparks w 2008 roku.





czwartek, 26 maja 2011

Już jutro rozpocznie się 22. edycja Ligi Światowej. Najlepsze zespoły świata będą rywalizować od maja do lipca w 4 grupach po cztery zespoły w każdej z nich. Stawką jest ogromy prestiż i wielkie pieniądze. Turniej finałowy odbędzie się w dniach 6-10 lipca w Gdańsku.

 

Liga Światowa siatkarzy została zapoczątkowana w roku 1990 przez ówczesnego prezydenta FIVB Rubena Acostę i odbywa się nieprzerwanie co rok. Impreza ta stała się wielkim wydarzeniem i nie jest tylko - jak pierwotnie zakładano - poligonem doświadczalnym przed ważnymi wydarzeniami. Drużyny przyciąga prestiż, możliwość sprawdzenia składu czy właściwego zgrania się, ale także spora suma pieniędzy, która jest przecież główną nagrodą. Kibice zaś ciągną na hale, aby zobaczyć swoich siatkarskich ulubieńców i poczuć tę fantastyczną atmosferę, która - przynajmniej w Polsce - jest jedyna i niepowtarzalna. Trudno zatem wyobrazić sobie terminarz reprezentacyjny bez Ligi Światowej, która w istocie stała się letnim wydarzeniem numer 1.

Z pewnością polskich kibiców interesuje przede wszystkim nasza reprezentacja, która pod wodzą nowego trenera - Adnrei Anastasiego ma sięgać wysoko i zdobywać nowe cele. Choć brak w niej wielkich gwiazd, bez których trudno było w ogóle pomyśleć o polskim teame, to mecze w Miliczu i Twardogórze (dwumecz z Rosją zakończony remisem 1:1) pokazały, że młodzi również grać potrafią. W „polskiej" grupie biało-czerwoni zmierzą się z mistrzami olimpijskimi, czyli reprezentacją USA, z zeszłorocznymi triumfatorami Ligi Światowej i mistrzami świata - Brazylią oraz z zespołem Portoryko. Na start nasi siatkarze zagrają z podopiecznymi trenera Alana Knipe, których podejmą w dwumeczu w łódzkiej „Atlas Arenie". Zapowiadają się arcyciekawe spotkania, tym bardziej, iż obie te reprezentacje, zanim się spotkają, rozegrały mecze kontrolne. Amerykanie tradycyjnie już przed rozpoczęciem sezonu reprezentacyjnego zagrali mecz „Czerwoni" kontra „Niebiescy", w którym po przeciwnej stronie stanęli weterani i młodzi zawodnicy kadrowi. Spotkanie to zakończyło się zwycięstwem doświadczonych graczy, dysponujących w swym składzie aż sześcioma mistrzami olimpijskimi. Oprócz spotkań pomiędzy Polską a USA, w grupie A naprzeciw siebie staną reprezentacje Brazylii i Portoryko. Z pozoru wydaje się, że będzie to jednostronne spotkanie, bowiem „canarinhos" ze swoim ogromnym doświadczeniem, a przede wszystkim determinacją z pewnością będą chcieli obronić kolejny już tytuł. Jednakże stosunkowo młoda reprezentacja Portoryko jest sklasyfikowana na trzecim miejscu w Ameryce Północnej, tuż za Kubą i Stanami Zjednoczonymi. Mimo braku wielkich sukcesów jest to ekipa licząca się w światowej siatkówce.

Kursy Unibet:
Polska - USA: 1,72 - 2,00
Portoryko - Brazylia: 8,25 - 1,04

W grupie B zestawione zostały ze sobą reprezentacje Rosji, Japonii, Bułgarii oraz Niemiec. Aż trzy drużyny będą startować w tegorocznych Mistrzostwach Europy, więc śmiało można powiedzieć, iż Ligę Światową potraktują jako wielki sprawdzian. Wydaje się, że najsłabszym ogniwem tej grupy jest ekipa Japonii, która na początek zmierzy się ze „Sborną". Podopieczni trenera Alekno za pewne wykorzystają ten czas na dokładniejsze dogranie się i rotowanie składem, aby do czempionatu Starego Kontynentu podjeść w pełni przygotowani. W rosyjskiej drużynie nie zabraknie takich gwiazd jak Semen Połtawski, Siergiej Grankin czy młody atakujący Maksim Michajłow, który w zeszłorocznej edycji Ligi Światowej został wybrany najlepiej punktującym i najlepiej atakującym całych zawodów. Oprócz tego dwumeczu w pierwszy weekend „światówki" spotkają się ze sobą Bułgarzy i Niemcy. Podopieczni doskonale znanego nam Raula Lozano już w zeszłym roku okazali się drużyną, której lekceważyć nie wolno, choćby wtedy, kiedy dość łatwo pokonali u siebie Polskę kolejno 3:1 i 3:0. Niewątpliwie wielką stratą dla reprezentacji naszych zachodnich sąsiadów jest brak w składzie Georga Grozera, który boryka się z dość poważną kontuzją barku.

Kursy Unibet:
Rosja - Japonia: 1,02 - 10,00
Bułgaria - Niemcy: 1,25 - 3,55

W grupie C zmierzą się ze sobą Argentyna, Serbia, Portugalia i Finlandia. Najciekawiej zapowiada się spotkanie pomiędzy podopiecznymi trenera Igora Kolakovića a zawodnikami Javiera Webera. Wydaje się, że zeszłoroczni gospodarze Final Six nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa, bowiem kraj ten już od dawna przewija się w siatkarskim światku. Co do reprezentacji Serbii, jest ona już kolejną, która za imprezę docelową uznaje mistrzostwa Europy. Chociaż - tak jak rok temu - w szerokiej kadrze nie znalazła się największa gwiazda serbskiej siatkówki Ivan Miljkowić, to za pewne będzie on w składzie na europejski czempionat. O szczegółowych planach szkoleniowca Serbów przekonamy się już niebawem. Analizując reprezentacje znajdujące się w tej grupie nie da się nie wspomnieć o nowym selekcjonerze ekipy fińskiej. Nie tak dawno „nasz" trener, który miał odnosić same sukcesy, a zdobył „zaledwie" I miejsce w Europie, tym razem przewodzi drużynie Finlandii. Kto wie, jak daleko zajdą jego siatkarze, których nazwiska takie jak Mikko Esko, Tuomas Sammelvuo czy Mikko Oivanen wcale nie są obce polskim kibicom.

Kursy Unibet:
Portugalia - Finlandia: 2,40 - 1,50
Argentyna - Serbia: 2,40 - 1,50

Grupa D wydaje się być zmiażdżona przez trzy znajdujące się tam zasłużone zespoły: Kubę, Francję i Włochy. Czwartą z drużyn jest reprezentacja Korei Południowej. Arcyciekawe spotkania z pewnością wywiążą się pomiędzy drużynami z Europy, które spotykały się już dość często. Na początek zmagań odbędzie się właśnie taki mecz, bo naprzeciwko siatki staną Francuzi i Włosi. Nowy włoski szkoleniowiec - Mauro Berruto odmienił kadrę Włochów i z pewnością w kontekście nadchodzących mistrzostw Europy, będzie chciał znaleźć optymalny i najlepszy, mogący walczyć o medale skład. Z gry w kadrze Francji, kończąc tym samym karierę, zrezygnował doskonale znany zawodnik Stephane Antiga, ale powołany zaś został długo wyczekiwany, zdolny rozgrywający Pierre Pujol. Reprezentacja Kuby z pewnością na każdy mecz przygotowała najsilniejszy skład, nie pomijając oczywiście swego najjaśniejszego punktu - kapitana drużyny - zaledwie siedemnastoletniego Wilfredo León Venero. W grupie tej bardzo interesująco zapowiada się walka o miejsca, które zagwarantują występ w turnieju finałowym na pograniczu Gdańska i Sopotu.

Kursy Unibet:
Francja - Włochy: 1,90 - 1,80
Korea Płd. - Kuba: 7,75 - 1,05

W tegorocznej Lidze Światowej wystartuje 16 drużyn, a do Fazy Finałowej, odbywającej się w tym roku w polskiej „ERGO" Arenie, awansują dwie najlepsze drużyny z każdej z grup. Choć nasza reprezentacja udział w finale ma zagwarantowany, to możemy być pewni, że podopieczni włoskiego szkoleniowca będą walczyć do ostatniej piłki. Miejmy nadzieję, że z każdym następnym weekendem rozgrywek popularnej „światówki" nie zabraknie nam emocjonujących spotkań, a może właśnie w tym roku polskim siatkarzom uda się zdobyć medal tej imprezy. Walka o niego zacznie się już jutro w Łodzi o godzinie 20.30.



środa, 25 maja 2011

Arka Gdynia została rozgromiona u siebie przez Legię 2-5, a Cracovia posłała na deski Jagiellonię 3-0 i to "Pasy" - kosztem gdynian - wydostały się ze strefy spadkowej - to najważniejsze wydarzenia 29. kolejki Ekstraklasy!

 

Najbliżej wicemistrzostwa jest Śląsk Wrocław maga Oresta Lenczyka, który pokonał w Chorzowie Ruch 2-1. Na drugie miejsce na koniec sezonu chrapkę ma jednak aż pięć zespołów. Oprócz Śląska są to: Legia, Jagiellonia, Widzew i Lechia. Ekipa Lenczyka wystarczy, że pokona u siebie w niedzielę Arkę i nie będzie musiała się na nikogo, ani na nic oglądać!

Piotrusie zaczęli strzelaninę

Jako pierwszy w przedostatniej kolejce sezonu gola strzelił Piotr Ćwielong ze Śląska, który trafił do siatki byłych kolegów z Ruchu już w 3. min! Tuż po nim sen Widzewa o występie w europejskich pucharach zrealizować spróbował Piotr Grzelczak, który wygrał pojedynek z bramkarzem Lechii Pawłem Kapsą.

Ekstraklasa o g. 19:15 - w pucharach "Jaga" i Śląsk

Po pierwszym kwadransie gry miejsce gwarantujące występy w eliminacjach do Ligi Europejskiej bronią Śląsk (po golu Ćwielonga wyszedł na drugie miejsce w tabeli) i Jagiellonia, która broni już trzeciego miejsca.

Na dole tabeli bez zmian - na razie z ligą się żegnają Cracovia, która nie może trafić do siatki "Jagi" (mimo świetnej okazji Bartłomieja Dudzica) i Polonia Bytom, która w pierwszym kwadransie nie była w stanie zagrozić bramce Lecha.

Ekstraklasa o g. 19:30 - Cracovia się ratuje, Arka spada!

Arka Gdynia tylko przez pół godziny meczu u siebie z Legią mogła się czuć drużyną Ekstraklasy pełną gębą. Niebezpiecznie dla niej zrobiło się już o g. 19:28, gdy w Krakowie powołany do kadry Franza Smudy Mateusz Klich z rzutu wolnego pokonał Grzegorza Sandomierskiego. Sandomierski długo ustawiał mur, ten się jednak rozstąpił w kluczowym momencie.

Kilkadziesiąt sekund później fani Arki musieli przełknąć kolejną gorzką pigułkę - Legia przeprowadziła składną akcję, Miroslav Radović wyłożył piłkę przed bramkę do Manu, który strzelił z bliska na 0-1!

Taki obrót spraw spowodował, że Cracovia awansowała na bezpieczną - 14. pozycję spychając na spadkową gdynian ("Pasy" mają punkt przewagi).

Radość "Pasom", łzy arkowcom!

Ekstraklasa po I połowie - pogrzebane Arka i Polonia, uratowane "Pasy"

I połowa środowych wydarzeń z Ekstraklasy przyniosła nagły zwrot w walce o utrzymanie. Dzięki bramce Klicha w meczu z "Jagą" Cracovia wydostała się ze strefy spadkowej, a Arka zagrzebała się na przedostatnim miejscu oznaczającym występy w 1. lidze w nowym sezonie. Po pierwszym golu w meczu z Legią arkowcy stracili Mateusza Sieberta (za faul na Kucharczyku dostał drugą żółtą kartkę), a zaraz po tym gola na 0-2 autorstwa Miroslava Radovicia.

29. kolejka nie skąpiła nam goli filmowej urody. Strzelili je choćby Rok Elsner ze Śląska (na 0-2, piękną przewrotką), Jakub Wilk z Lecha (ładnym strzałem zza pola karnego tuż przy słupku, czy Michał Kucharczyk z Legii (doskonałe uderzenie z woleja, z pierwszej piłki w krótki róg).

A Wisła swoje: mistrzostwo zobowiązuje!

Żadnej taryfy ulgowej nie zastosował świeżo upieczony mistrz Polski, Wisła Kraków. Podopieczni Roberta Maaskanta w szczęśliwych okolicznościach strzelili Zagłębiu Lubin pierwszego gola (jego autor - Andraż Kirm w momencie podania Łukasza Garguły był na minimalnym spalonym). Za to przy trafieniu na 0-2 nie było żadnej wątpliwości! Maor Melikson został sfaulowany w polu karnym przez Bartosza Rymaniaka i sam wymierzył sprawiedliwość trafiając z 11 m w lewy róg.

Zwycięstwo "Białej Gwiazdy" przypieczętował Andres Rios, który zdobył pierwszego gola w Ekstraklasie! W sytuacji sam na sam technicznie przerzucił piłkę nad wychodzącym bramkarzem.



Cracovia - Jagiellonia Białystok 3-0 (1-0)

Bramki: 1-0 Mateusz Klich (25 - wolny), 2-0 Alexandr Suvorov (52), 3-0 Andraz Struna (87).

Korona Kielce - Górnik Zabrze 1-0 (0-0)

Bramka - Andrzej Niedzielan (65. karny).

Widzew Łódź - Lechia Gdańsk 1-0 (1-0)

Bramki: 1-0 Piotr Grzelczak (4.).

Polonia Bytom - Lech Poznań 1-2 (0-1)

Bramki:

0-1 Jakub Wilk (37.)

0-2 Semir Stilić (81.)

1-2 Marcin Radzewicz (91.)

KGHM Zagłębie Lubin - Wisła Kraków 0-3 (0-1)

Bramki: 0-1 Andraz Kirm (42), 0-2 Maor Melikson (57-karny), 0-3 Andres Lorenzo Rios (90+2).

Arka Gdynia - Legia Warszawa 2-5 (0-2)

0-1 Manu (28.)

0-2 Miroslav Radović (45.),

0-3 Michał Kucharczyk (49)

0-4 Michał Kucharczyk (60.)

1-4 Maciej Szmatiuk (67.)

2-4 Maciej Szmatiuk (69.)

2-5 Ariel Borysiuk (85.)

Polonia Warszawa - PGE GKS Bełchatów 0-0

Ruch Chorzów - Śląsk Wrocław 1-2 (1-2)

Bramki: 0-1 Piotr Ćwielong (3.), 0-2 Rok Elsner (32.), 1-2 Łukasz Janoszka (42.).